Spacer koguta - opowiadanie
Ta historia może nie jest wesoła, ale już jak najbardziej prawdziwa. Wszystko to zaczęło się pewnej letniej nocy roku 1850. Miałam wtedy szesnaście lat. Byłam młodą kobietą, miałam już narzeczonego. Wkrótce mieliśmy się pobrać. To miał być dla mnie najszczęśliwszy dzień w życiu. Tak przynajmniej się mówiło. Te dni oczekiwania i przygotowań do ceremoni minęły bardzo szybko. Aż sama nie mogłam w to uwierzyć. Miałam już wszystko. Suknię, bukiet wspaniałych białych róż, welon. Było też coś niebieskiego, mianowicie malutka kokardeczka symbolizująca późniejszą wierność męża. W bucie miałam grosik, który dawał mi dostatek. Kolczyki były pożyczone, natomiast perły dostałam od mojej babci, która już liczyła sobie dziewięćdziesiąt pięć lat. Aż do momentu naszego wspólnego tańca na weselu było wszystko dobrze. W kościele powiedzieliśmy sobie sakramentalne „tak”. Moja matka płakała, a ojciec był dumny. Gdy przekroczyliśmy próg kościoła spadł na nas deszcz monet. Zbieraliśmy je długo, było ich wiele. Potem wsiedliśmy do cudownej karety zaprzęgniętej w piątkę siwych koni. Czułam się jak księżniczka. On, już mój mąż, tulił mnie mocno do swojego ramienia. Kochałam go. Na weselu, po toaście wyszliśmy, ja i Paweł na parkiet. Mieliśmy zatańczyć taniec, razem. Wiedziałam, że nie możemy pomylić kroku, pomyłka taka symbolizowałaby bardzo dużo wypadków, złych zbiegów okoliczności, nieszczęść. Tego oboje nie chcieliśmy. Tańczyliśmy równo, wirowaliśmy na parkiecie. Było tak pięknie. Zamknęliśmy oczy i nogi same nas prowadziły. Nagle zapadła cisza, przeraźliwa cisza. Nic nie widziałam, ale czułam na swoim ramieniu dłoń Pawła. Gdy wśród gości było nadal ciemno, mnie i Pawła oświetlało światło. Nie znałam jego źródła. Wtedy się na- prawdę przestraszyłam. Z ciemności zaczął wyłaniać się Kogut. Spacerował on w srebrnym dymie, lekko i z oczyma wbitymi we mnie. Jakoby chciał mi coś rzec. Tylko co?
Ni stąd ni zowąd pojawiłam się w chatce moich rodziców w górach. Byłam ubrana w suknię ślubną, białą i obszerną. Przede mną stało lustro. Zobaczyłam w nim swoją twarz. Byłam blada, czerwone usta, ciemne oczy i krew. Wszędzie krew. Byłam przywiązana do krzesła. Ale nic nie czułam. Ani ciepła, ani zimna, nawet nie czułam pieczenia tych ran. Byłam taka otumaniona. W lustrze ukazało się jeszcze jedno odbicie. Był to Szymon. Brat mojego lubego. W dłoni miał nóż. Przystawiał mi go do gardła. Wbił lekko i przeciął mi skórę. Syknęłam, ale i tak nic nie czułam. To był odrażający widok, widok lecącej krwi. Skapującej na białą suknię. Szymon nagle mnie odwiązał i rzucił na podłogę. Doskoczył do mnie i zaczął ciąć moją wspaniałą suknię. W powietrze wzbiło się białe ptactwo materiału. Płakałam, słyszałam swój szloch. Już czułam pieczenie ran, gdy moje słone łzy popłynęły po twarzy. Włosy miałam potargane, bolały mnie cebulki. Wszystko mnie bolało! A Szymon, zerwał ze mnie ową suknię. Przystawił mi nóż do gardła i kazał zdradzić rodzinny sekret. Nie chciałam tego zrobić, tak naprawdę to nawet nie wiedziałam o co mu chodzi. Nigdy go nie lubiłam, zawsze omijałam szerokim łukiem. Miał w sobie coś mrocznego. Taki zalążek zła. Rozmawiałam z nim tylko raz, gdy Paweł przedstawiał mnie swojej rodzinie. Szymon tam był. Stał niewinnie oparty o wielki skórzany fotel. Drgnął, gdy Paweł wymówił moje imię – Julia. Wtedy do nas podszedł. Wpatrywał się we mnie szerokimi, czarnymi oczyma. Patrzył tak długi czas. Nagle Paweł powiedział „przestań”, a on rzekł: „witaj w naszej rodzinie”. Nie była to długa rozmowa. Zresztą rozmową tego nazwać nie można. Ale wtedy właśnie słyszałam jego groźny głos. Aż włosy dęba stawały. Teraz, w tym pokoju usłyszałam drugi raz jak do mnie przemawiał. Boże Święty, nawet nie wiesz jak bałam się tego człowieka. Chociaż prawdę mówiąc, nie wiedziałam czy to jest człowiek. Zachowanie jego było takie … przerażające. Jego oczy, jego oczy miały w sobie złą moc. On był nieziemsko przystojny, ale na pierwszy oka rzut, można było powiedzieć, iż jego natura jest złem. Taki mroczny anioł. Teraz przyciskał nóż do mojej szyi czułam na sobie zimno. Szymon ponowił rozkaz, chciał poznać nieznany mi sekret. Znów odmówiłam. Tym razem uderzył mnie w policzek. Bolało! Bardzo. Gdy znów powiedział „sekret” odwróciłam głowę. On w szale wbił nóż w moje serce. Poczułam odchodzące siły. Przed oczami pojawił się obraz Pawła, a potem była już tylko ciemność.
Zdenerwowane głosy wokół mnie brzęczały mi w głowie jak rój pszczół. Chciałam je przegonić, ale nie miałam siły. Chciałam otworzyć oczy, ale nie mogłam. Powieki były takie ciężkie. „Julio, Julio!”. Jakby mnie ktoś wzywał. Przed oczami zaczęło mi jaśnieć. Zobaczyłam twarze moich rodziców, Pawła, jego matki i ojca. Z tyłu stały moje ciotki, a tam... On, Szymon. Drgnęłam. Zamknęłam oczy, ale zaraz je otworzyłam. Wolałam się
w końcu obudzić. Pozwoliłam ojcu się podnieść. Przytrzymywał mnie jeszcze chwile. Ale przysunięto mi krzesło, więc usiadłam. „Przynieście mi lustro” powiedziałam słabym głosem. Wszyscy spojrzeli po sobie, jakbym majaczyła. „Proszę, przynieście lustro” ponowiłam prośbę. Tym razem kilka osób się poruszyło i ktoś pobiegł do domu. To był wuj Maciej, już niósł mi wielkie zdobione złotem lustro. Postawił je przede mną i wszyscy zaczęli wpatrywać się we mnie. Spojrzałam w moje odbicie. Byłam blada, włosy były w strasznym stanie. A szyja... Była zaczerwieniona. Dotknęłam jej lekko opuszkami. Bolała. Spojrzałam ukradkiem w stronę Szymona, ale on nie patrzył na mnie. Spoglądał w okolicę olbrzymiego dębu. Coś tam było. Ale już nie chciałam wiedzieć co. Za bardzo byłam przerażona. Nie chciałam bać się jeszcze raz. Zerwałam się z krzesła i wybiegłam z ogrodu. Biegłam przed siebie. Nikt za mną nie podążał. Biegłam szybko i w takim stanie wdarłam się przez płot za dom wuja Macieja. Była tam studnia. Patykiem napisałam na ziemi napis, jeden krótki. Dokładniej jedno słowo: „KOGUT”. Po tym, stanęłam na brzegu studni i rzuciłam się, wpadłam do środka. Czułam bicie mojego serca. A potem, a potem już nic nie czułam. Spadałam, w dół. W ciemność. W Pustkę.
Nagle mój lot się skończył. Widziałam moje ciało, martwe, na dnie owej studni. Byłam już duchem. Byłam aniołem. Miałam skrzydła i wzbijałam się właśnie ku górze. Wokół studni już gromadzili się ludzie. Patrzyli na napis, zastanawiali się. Widziałam ich skłębione myśli. Wszystko teraz było dla mnie wyraźniejsze. W tym świecie, w moim świecie już nie istniało kłamstwo. Była tylko prawda. Brak złudzeń. Ludzie już wydobywali moje ciało ze studni. Gdy je zobaczyłam zamknęłam oczy. Wyglądało upiornie. Było pocięte ostrym narzędziem, całe we krwi. Na wysokości serca suknia była nasiąknięta czerwienią. „Jak to możliwe?” Zadałam sobie pytanie. Ludzi byli rozdygotani gdy patrzyli na ciało. Sama byłam wielce zaskoczona. „Kogut! To zły znak! On przenosi ludzi w inną rzeczywistość!” Lamentowała moja babka. Już wiedziałam o co dokładnie jej chodzi. Jej mąż, poprzedni mąż. Też widywał Koguta, opowiadał o tym babci. Ona mu nie wierzyła. Aż w końcu się zabił. Biedna babcia, musiała tyle przejść. A teraz mnie to spotkało. Kogut, cóż za nieznośne stworzenie. Zły omen, … kto by pomyślał. Ale druga rzeczywistość. To takie dziwne. Jakoby drugi świat, w którym dzieją się złe rzeczy. Ale dlaczego ja? Dlaczego Kogut wybrał mnie, a wcześniej męża babci? Pytania, na które nie znałam jeszcze wtedy odpowiedzi. Teraz po stu latach tułania się po świecie wiedziałam o tym dobrze. Spotkałam wielu ludzi, oni też mieli do czynienia z tym zwierzęciem. Ale oni jeszcze żyli. Po latach poszukiwań, wreszcie odpowiadam na pytanie – kim jest owy Kogut. Może nie uwierzycie, ale to jest Diabeł. Prawdziwy Diabeł. Robi straszne rzeczy, szczyci się złem, które wyrządza. Ale najgorsze z moich odkryć jest to, że dowiedziałam się, iż diabeł przybrał sobie stałą ludzką postać. Postać Szymona. To w niej morduje ludzi w innym świecie. Istnieje też Anioł, wspaniały, największy Anioł. Przeciwieństwo Diabła. On chce pomagać ludziom. Mnie też próbował, ale ja za szybko podjęłam próbę samobójstwa.
Jest już rok 1950. Trwają wojny.
A ja w skrzydlatej postaci pomagam ludziom. Jestem pomocnicą Anioła. Chronię wszystkich od zła.
A przynajmniej się staram. Nie chcę już pamiętać tamtych dni. Kiedy sama umierałam. A śmierć swą przeżyłam przecież dwa razy. To właśnie jest moja historia. Od zwykłej śmiertelniczki przeistoczyłam swe życie w niebiańską pomoc. Może żałuję niektórych zdarzeń. Lecz czasu cofnąć nie zdołam. Możliwe, iż jest teraz lepiej. Gdyby nie moja wczesna śmierć, nie byłabym tu, w tych czasach. Nie uratowałabym wielu ludzi, nie poznałabym swego prawdziwego ... JA.