De Tocqueville wiecznie żywy. Koniec kapitalizmu?

Autor: 
Jan Pokrywka

Rafał A. Ziemkiewicz ogłosił, że 4 września 2013 roku, skończył się kapitalizm.
To oczywiście ironia, bo żadnego kapitalizmu u nas po 1945 roku nie było, jeżeli nie liczyć kapitalizmu kompradorskiego, który w istocie jest tylko zmutowaną formą socjalizmu. RAZ-owi chodzi o przejęcie przez państwo, czyli znacjonalizowanie, identycznie jak 1946 roku, majątku prywatnego przez komunistów bolszewickich, funduszy zgromadzonych w OFE, które zakupiły pod przymusem obligacje skarbu państwa za 120 mld zł.
Obligacja to nic innego jak zobowiązanie rządu, że w określonym momencie wypłaci jej posiadaczowi określoną kwotę. 4 września rząd zdecydował, że te zobowiązania “umarzają”, bo do tego w istocie sprowadza się „reforma” systemu emerytalnego. Tym samym dług państwa zmniejsza się o te 120 miliardów i przechodzi ze sfery zobowiązania realnego, do sfery zobowiązania moralnego. A ponieważ znika 8 proc. deficytu, otwiera to radosną drogę do zaciągania następnych długów.
To, że państwo obrabowało OFE, dla zwykłego człowieka nie ma znaczenia. Może się temu przyglądać jak na walkę buldogów, tyle że dywan trochę się odkrył. Trochę pieniędzy dla OFE zostanie, jedynie na tyle, żeby zarządy się utrzymały („rząd się zawsze wyżywi”) a, że dla emerytów już nie starczy – kogo to obchodzi? Poza tym, czy to na ZUS, czy na OFE i tak płaci pod przymusem, i pieniędzy tych, wiadomo, nie odzyska. Mgliste też stają się szanse uzyskania w przyszłości godziwej emerytury, prawdę powiedziawszy, zbliżają się do prawdopodobieństwa trafienia „6” w totolotka.
Sprawdza się zatem spostrzeżenie A. de Tocqueville’a, że nie ma takiej zbrodni, do jakiej nie posunie się nawet łagodny skądinąd rząd, jeżeli zabraknie mu pieniędzy.
Próba niemożliwego
Przedsiębiorca z Nowogardu Eugeniusz Hnat żąda od ZUS-u zwrotu 4oo tys. zł, tyle ile wpłacił w ciągu 31 lat w ramach tzw. składek emerytalnych.
W zamian zrzecze się wszelkich pretensji do tej instytucji jak i do państwa w kwestii zabezpieczenia nieuniknionej starości. Uważa, że z takimi pieniędzmi da sobie spokojnie radę, a w każdym razie wyjdzie na tym lepiej niż na państwowej jałmużnie.
Sprawę podał do sądu. Pierwsza rozprawa ma się odbyć w listopadzie. Hnat ma nadzieję, że skończy się ona dla niego pomyślnie, ale najpewniej będzie inaczej. W końcu chodzi o spór z państwem, a sądownictwo to też przecież organ państwa, chociaż sędziowie mają takie gusło, jak niezawisłość sędziowską, w którą nie wierzą nawet dzieci w przedszkolach. On sam o tym zapewne wie, więc najpewniej skończy się na zdemaskowaniu państwowego fałszu. Kolejny raz. Bo prawda jest taka, że żadnych pieniędzy Hnata, ale też wszystkich innych w ZUS-ie po prostu nie ma.
Tzw. system emerytalny obowiązujący u nas to tak naprawdę system repartycyjny: wpłacane składki są na bieżąco wypłacane obecnym emerytom. Stąd zarzut stawiany Hnatowi, że rozbija on system solidarności społecznej. Samo to określenie brzmi może ładnie, ale nijak się ma do rzeczywistości. Solidarność społeczna bowiem, ufundowana na przymusie, jest nic nie warta. Musiałaby by być formą autentycznej umowy społecznej, ale na taką – jak słusznie zauważył Murray Rothbard – żadne państwo się nigdy nie odważyło. W rezultacie obecny system przypomina piramidę, tyle że demograficzną, której skutek będzie tak jak w przypadku każdej innej.
Sprawdza się spostrzeżenie A. de Tocqueville’a, że nie ma takiej zbrodni, do jakiej nie posunie się nawet łagodny rząd jeżeli zabraknie mu pieniędzy.
Matrix farmaceutyczny
Współczesna medycyna coraz częściej staje się celem krytyki z powodu … fabrykowania chorób. Zjawisko to już ponad 20 lat temu opisała Lynn Payer w książce „Handlarze chorobami: jak lekarze, firmy farmaceutyczne i ubezpieczeniowe wpędzają cię w chorobę”.
Prof. Leon Eisenberg w wywiadzie dla Spiegla jako „przykład sfabrykowanej dolegliwości” podaje ADHD. Tej rzekomej chorobie, na istnienie której dowody zostały sfabrykowane, a będącej niczym innym jak „syndromem rozwydrzonych bachorów” towarzyszy lawinowo wzrastająca sprzedaż leków.
Cornelia Stolze, w książce „Zapomnij o Alzheimerze! Prawda o chorobie, która nie jest chorobą” zauważa, że nie tylko nikt nie wie, czym jest ta choroba, ale nawet nie ma jej jasnej definicji; nie istnieją kryteria pozwalające odróżnić ją od innych schorzeń i form demencji.
Istnieje za to wiele grup odnoszących znaczące finansowe korzyści z Alzheimera, jak np. naukowcy czy firmy farmaceutyczne. W związku z tym autorka stawia tezę, że ta masowo dziś diagnozowana choroba jest w dużej mierze po prostu medycznym błędem. Choroba Alzheimera jest zjawiskiem w publicystyce nazywanym „bad science” czyli nauki nierzetelnej, manipulującej danymi i wynikami badań. Tym bardziej, że „starzy ludzie są dla kompleksu medycznego niemal idealną grupą docelową. Często są słabi, samotni i nie potrafią – z powodu swojej dezorientacji – ani skorzystać z niezależnych źródeł informacji, ani skutecznie się bronić”.
Psychiatria jest pseudonauką – twierdzi amerykański psychiatra i libertarianin Thomas Szasz i porównuje ją do astrologii. Rzecz jasna, problemy psychiczne istnieją ale nie są chorobami sensu stricte lecz efektem zmagania się człowieka z problemami. Np. depresja niczym nie różni się od smutku. Wystarczy znaleźć się w trudnej sytuacji, aby mieć objawy depresji. Choroba pojawiła się wraz z lekami antydepresyjnymi (SSRT), których sprzedaż w latach 1985-2008 tylko w USA wyniosła 24,2 mld $.
Przykładów jest więcej ale nie miejsce tu na ich wyliczanie. Ważniejsze jest określenie przyczyn tego zjawiska. Najważniejszą są pieniądze i interesy koncernów farmaceutycznych. Jednak i one są „zakotwiczone” w biurokracji państw. Nie ma tu żadnego wolnego rynku. Poczynając od góry piramidy mamy WHO – Światową Organizację Zdrowia, gdzie przez głosowanie określa się co jest chorobą a co nie. Idąc w dół mamy państwowe ustawodawstwa, systemy ubezpieczeń zdrowotnych, służbę zdrowia, listę leków refundowanych, itd. Na samym dole jest pacjent, który, mimo że utrzymuje całą tę konstrukcję, korzysta z tego najmniej.
A gdy zacznie brakować pieniędzy, na kim skupią się oszczędności? Sprawdza się spostrzeżenie A. de Tocqueville’a, że nie ma takiej zbrodni, do jakiej nie posunie się nawet łagodny rząd jeżeli zabraknie mu pieniędzy.
Każdy dusi słabszego
Organizm jest homeostatem – systemem samoregulującym – reagującym na potencjalne zagrożeniem stresem, przejawiającym się m.in. kumulacją energii. Dotyczy to także organizmów politycznych. Jeżeli zbliża się kryzys, tzw. elity kumulują bogactwa kosztem reszty społeczeństwa, często zresztą bezprawnie.
Weźmy powoli zapominane pendolino. W ogłoszonym przetargu wzięło udział kilka firm, polskich i zagranicznych. Oferta włoska wcale nie była najlepsza, a mimo to wygrała, bo w trakcie żonglowano warunkami przetargu. Przegrani mogą się co prawda odwołać, ale to kosztuje ponad 100 mln zł, a więc jest barierą nie do przebycia, przynajmniej dla polskich firm, a efekt tego jest z góry do przewidzenia. A może pendolino jest lepsze? Z wahadełkiem (bo to po włosku oznacza pendolino) może trochę tak, ale zakupiono pendolino bez pendolino, więc jest podobne do innych. Zwłaszcza, że elementy współczesnych pociągów produkują te same firmy.
Z naszą infrastrukturą żaden pociąg nie pojedzie szybko. Inaczej niż w Chinach, gdzie najpierw budują tory, a dopiero potem puszczają pociągi. Dlatego pewnie trasę z Pekinu do Szanghaju - 1300 km pociąg przejeżdża w niecałe 5 godzin, wliczając dwa postoje i osiągając prędkość maksymalną na trasie – 400 km na godzinę.
Chińczycy tory zbudowali w niespełna 3 lata. Jak obliczył europoseł Janusz Wojciechowski, chińskie pendolino razem z torami kosztowało 25 $ na głowę, a nasze 20 $ tyle, że bez torów, a więc ostateczne koszty będą dużo wyższe. Również koszty eksploatacji, gdyż dziennie trasą Pekin-Szanghaj przejeżdża 200 tys. osób.
Kupujemy samoloty, które nie latają na skutek awarii (dreamlanery), pociągi wahadłowe ale bez wahadełka, rzecz jasna – drogo. Drogo też – zdaniem unijnych audytorów - budujemy autostrady, w każdym razie drożej niż w Niemczech. O 10 euro droższy jest metr bieżący drogi, co daje droższy kilometr o 10 tys. euro, mimo że tam zarabia się 4 razy więcej niż u nas, o ile w ogóle, bo przecież firmom budującym po prostu nie zapłacono, w efekcie 324 z nich zbankrutowały.
Dlaczego państwo tak postępuje? Dlatego, że może. Z braku pieniędzy przymyka się oczy na różne rzeczy dziejące się na poszczególnych szczeblach władzy. Nie jest to wynalazek nowy. Już w średniowieczu słabe państwa przymykały oczy na raubritterów – rycerzy - rabusi, którzy żyli z rozbojów, będąc jednocześnie elementem struktury państwa.
Sprawdza się spostrzeżenie A. de Tocqueville’a, że nie ma takiej zbrodni, do jakiej nie posunie się nawet łagodny rząd jeżeli zabraknie mu pieniędzy.

Wydania: