Panama nie Kanada, nie pachnie żywicą
Wszyscy chyba pamiętamy film „Układ zamknięty”, w którym naczelnik urzędu skarbowego i prokurator niszczą firmę przejmując jej majątek. Jest tam taka scena, gdy pada tam zdanie, że po wszystkim wywiozą pieniądze do rajów podatkowych.
Jeżeli ktokolwiek, po opublikowaniu dokumentów z tzw. wycieku Panama Papers, jeszcze wierzy w demokrację, praworządność i wszystkie te lewackie hasła z prawami człowieka na czele, to znaczy, że jest przypadkiem beznadziejnym. To trochę tak, jak ktoś niewtajemniczony wpada w zdziwienie gdy przyjdzie mu zajrzeć za teatralne kulisy. To, co było do tej pory w sferze podejrzeń graniczących z pewnością, teraz stało się oczywiste i żadne zaklęcia tego nie zmienią. Oczywiste dla każdego, kto ma umysł otwarty. W gruncie rzeczy jednak, sprawa jest banalna, bo najbogatsi zawsze znajdą sposób na nie płacenie podatków, a ponieważ, ktoś je płacić musi, większe obciążenia spaść muszą na biednych, nie mówiąc już o tym, że samo zarejestrowanie firmy w takim raju nie jest niezgodne z prawem i nie musi niczego oznaczać. No może poza tym, że często są to firmy zakładane przez spec-służby różnych państw. Ten cały rwetes ukazuje oczywistą hipokryzję rządzących, bo jak wiemy, głównymi „bohaterami” przecieku są w większości politycy.
Jak już wielokrotnie pisałem, demokracja i stojące za nią ruchy rewolucyjne, to fasada, za którą kryją się interesy niejawnych grup trzymających władzę w wymiarze globalnym. Celowo nie ukonkretniam o jakie grupy chodzi by nawet w dobrej wierze nie dać się zmanipulować. Nie mamy przecież pewności, że to, co do nas dociera nie jest kolejną „zmyłką”, co więcej, można przypuszczać, że tak właśnie jest. Przecież nikt zdrowy na umyśle nie uwierzy, że grupa 400 dziennikarzy jest w stanie dotrzeć do tajnych dokumentów w rajach podatkowych i je opublikować całkowicie bezkarnie, ponieważ ci, których to dotyczy, są na tyle potężni, żeby taką grupę zdmuchnąć jak płomień świecy i to stosunkowo małym kosztem. Jeżeli tak się nie stało to znaczy, że za owymi dziennikarzami stoją siły jeszcze potężniejsze, mające interes dla nas nierozpoznany. Ale można spekulować.
Panama Papers to też rewolucja, tyle że nieco w innej formie i jak każda rewolucja ma na celu zmianę stosunków własnościowych. Propaganda lewicowa jako wroga zawsze pokazywała bogatych, których bogactwo, w ramach czy to „przekształceń własnościowych”, czy realizacji zasad sprawiedliwości społecznej, musiało zostać im odebrane. Nie trzeba dodawać, że głównymi beneficjentami tego rabunku, bo do tego przecież rzecz się sprowadza, są zwykle ci, którzy zasady te wprowadzają w życie, czyli, krótko mówiąc, dokonują dystrybucji dóbr. I oni też są, powtarzam, głównymi „bohaterami” przecieku. Nie ma co się łudzić, że w ten sposób raje podatkowe znikną. Być może te, które teraz są – tak, ale w ich miejsce powstaną inne tego typu formy, bo tak być musi i siły stojące za przeciekiem o tym dobrze wiedzą. Co więcej, są im potrzebne aby choćby dyscyplinować polityków. Być może przeciek ma na celu jakieś przetasowanie na globalnej scenie, np. znalezienie ofiar, które można będzie rzucić ludowi gdy nadejdzie kryzys. Kryzys globalny potrzebuje ofiar globalnych. I takie właśnie się znalazły.
Własność prywatna drogą od niewolnictwa
Podczas przemowy na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ papież Franciszek miał powiedzieć m.in., że jednym ze sposobów ograniczenia władzy jest jej dystrybucja w formie politycznej, gospodarczej, technologicznej, itd., pomiędzy wiele podmiotów oraz stworzenie systemu prawnego, kontrolującego roszczenia i interesy. Nie jest to koncepcja nowa, bo niemal stuletnia. W 1928 r. podczas debaty z Bernardem Shawem Gilbert Keith Chesterton powiedział, że „na świecie powinna być wielka ilość rozrzuconych narzędzi sprawowania władzy, przywilejów, ograniczeń, punktów oporu, tak, aby masa zwyczajnych ludzi mogła oprzeć się tyranii.” W tym ujęciu własność prywatna stanowi podstawę życia społecznego, a zatem powinna być jak najszerzej dostępna czyli „rozdystrybuowana”, stąd nazwano ten system dystrybucjonizmem. Podstawą są firmy rodzinne: sklepy, warsztaty, farmy, gospodarstwa rolne, itp., co pozwala żyć z tego, co się posiada.
Nam się wydaje, że historia najnowsza zaczęła biec od 1989 r. kiedy to aktorka Szczepkowska ogłosiła upadek komunizmu ale to nieprawda. Komunizm nie upadł, tylko się przepoczwarzył. Również na Zachodzie wiele się zmieniło, tyle, że my, żyjąc w zupełnie innych realiach, zmian tych nie zauważyliśmy. Dlatego po 1990 roku wpadliśmy w pułapkę. Sądziliśmy, że po upadku komunizmu znaleźliśmy się w wolnorynkowym kapitalizmie, podczas gdy był to kapitalizm kompradorski – dostępny dla elit kolaborujących z międzynarodowymi bankami, korporacjami, czy innymi układami, w tym politycznymi. Tymczasem państwo – jak to usłyszeliśmy w trakcie jednej z rozmów biesiadnych – istnieje tylko teoretycznie. Oczywiście, jako aparat przymusu i represji istnieje całkiem praktycznie, ale tylko dlatego, że jego rola ogranicza się do poboru podatków i ich redystrybucji pod postaciami różnych dóbr. Jednocześnie propaganda, zwana dla niepoznaki polityką informacyjną, kulturalną, historyczną i co tam kto woli, utrzymuje obraz inny. Jak bardzo jest to złudne niech świadczy to, jaką możliwość życiową mają młodzi ludzie. Pierwsza to wyjazd za granicę i start od zmywaka. Druga, to Kościół, i o ile komuś nie odbije a ma faktyczne powołanie, może się w tej roli spełnić z pożytkiem dla siebie i innych. Jest to jednak margines dla nielicznych z kilku powodów, jak zeświecczenie społeczeństwa no i sam Kościół nie jest już tym, czym był kiedyś. Trzecia możliwość to praca w korporacjach bez większych perspektyw, jako że prawdziwy mechanizm awansu jest w nich niejawny, a to co przedstawia się oficjalnie to zmyłka i to krótkodystansowa. Czwarta możliwość to praca w budżetówce, ale ta forma dostępna jest jedynie dzięki układom rodzinnym, politycznym bądź środowiskowym.
Pozostaje jeszcze część ludzi, nazwijmy ich wolnymi, i jest to grupaz perspektywą o ile posiadać będzie własność umożliwiającą życie w miarę wolne i pożyteczne. Jak to osiągnąć? Przede wszystkim należy odciąć się od matrixu lansowanego przez telewizję, czyli powrócić do świadomości i samoświadomości. Dopiero wtedy możliwe będzie dokonywanie racjonalnych wyborów. Niby to takie oczywiste, ale tak nie jest. Wystarczy spojrzeć na wyniki wyborów i sondaży: PiS określany jest partią prawicową, ale o prawicowości świadczy stosunek do własności i wolności. I niech to wystarczy za dalszy komentarz.
Nawet piwowarstwo można zniszczyć
Trudno o lepszą ilustrację wpływu podatków i monopoli na gospodarkę jak historia piwowarstwa w dawnej Polsce. Bo choć na gospodarce nie wszyscy się znają, to prawie wszyscy wiedzą, co to jest piwo. Wbrew obiegowym opiniom najwięcej w I Rzeczpospolitej wypijano piwa. Było to piwo górnej fermentacji i pszeniczne (do roku 1580), kiedy to zaczęto stosować jęczmień (z Prus), z dodatkiem chmielu lub innych zbóż, a to ze względu na łatwość w dostępie do surowca. Wino trzeba było sprowadzać, Polska jest wszak krajem zimnym, z uprawą winorośli byłby kłopot. Z kolei miód pitny uzależniony był od pszczół i mimo rozpowszechnionego bartnictwa, jego produkcja z tego powodu była ograniczona. Za to piwo można było wyrabiać niemal wszędzie i mógł to robić każdy. Piwo pierwotnie warzono w klasztorach i w gospodach, a próby narzucenia monopolu cechowego się nie powiodły. Krótko mówiąc, piwo było napojem powszechnym, a pamiętać trzeba, że herbaty wówczas nie znano, napoje ziołowe zaś służyły głównie celom leczniczym. Ile wypijano przeciętnie? Za Andrzejem Wyczańskim „Studia nad konsumpcją żywności w Polsce w XVI w. i w pierwszej połowie XVII w..” podaję, że norma wynosiła 4-6 litrów dziennie. Dla przykładu, w samym Krakowie w 1554 r. wypito ponad 700 tys. hl wartości 170 tys. zł. Dla porównania, w tym czasie wół kosztował 2 zł, a złotówka miała 30 gr.
W 1565 r. sejm uchwalił podatek czopowy od beczki (beczka = 288 l) w wys. 4 gr za piwo krajowe i 6 gr za zagraniczne; do tych ostatnich należały m. in. piwa: wrocławskie, głogowskie i czarne świdnickie. Za najlepsze polskie piwo uchodziło piątkowskie, produkowane w miejscowości Piątek leżącej między Łowiczem a Łęczycą. Jak widać, było o co się bić. Na wsiach walka o wyłączność warzenia toczyła się między szlachtą a sołtysami, w miastach główną rolę odgrywały cechy popierane przez magistraty. Dlaczego akurat magistraty popierały cechy? Powody są oczywiste. Cechy to korporacje a te zawsze miały wpływ na rządzących, a po wtóre, od cechów łatwiej byłoby pobierać podatki niż od rozproszonych piwowarów. Rzecz jasna cechy, gdyby uzyskały monopol, zaraz wliczyłyby w cenę piwa podatek i inne wydatki, co znacznie podniosłoby jego cenę. Tak też się stało w1659 r., w trakcie wojen szwedzkich.
Co to oznaczało? To, co zwykle w takich przypadkach: monopol cechów = wzrost ceny, bo wzrosły także koszty, jak ten chociażby, że trzeba było monopolu chronić, a to kosztuje. Piwo stało się droższe i już nie tak dostępne niż kiedyś. A ponieważ życie nie znosi próżni, miejsce piwa zaczęła zajmować wódka.
No dobrze, może ktoś zapytać, ale czy istnieje dowód przeciwstawny, że zniesienie monopolu powoduje rozwój danej branży? Jest oczywiście. W 1591 r. cesarz Rudolf zniósł cechy tkackie, co spowodowało rozwój tkactwa m.in. na Śląsku (Gryfów, Jawor, Jelenia Góra), a czego ślady można znaleźć i dziś.