Najlepszy urząd? Jeśli go nie ma

Autor: 
Jan Pokrywka

Wszyscy chyba pamiętamy ikonę Platformy Obywatelskiej Elżbietę Bieńkowską, dziś unijną komisarkę, której największym osiągnięciem była konstatacja, że za 6 tys. zł pracuje tylko idiota lub złodziej. A ponieważ wymieniona dziś zarabia dożo więcej, idiotką więc nie jest a złodziejką być nie musi. Ale nie o Bieńkowską tu chodzi, tylko o kwestię zarobków wysokich urzędników państwowych. Kilka tygodni temu gruchnęła wieść o planowanych podwyżkach dla wysokich urzędników państwa, z której jednak po chwili się wycofano. W tle pojawiły się opinie, że płace ich, od lat w niezmiennej wysokości, są zbyt małe aby odpowiedzialne stanowiska zajmowali fachowcy. Motyw fachowców, zwłaszcza bezpartyjnych, pojawia się co jakiś czas jak Wańka-wstańka, tyle, że nikt jeszcze nie zdefiniował co owa fachowość oznacza. W przypadku różnych zawodów sprawa jest dość prosta: fachowcem jest ten, kto kompetentnie wykonuje swój zawód ku zadowoleniu klientów. Klienci wybierają zawsze najlepszego, czy to ślusarza, hydraulika, architekta czy lekarza i płacą mu. Ale, czym ma być fachowiec-urzędnik? Nie ma klientów, którzy zweryfikowaliby go płacąc dobrowolnie za jego pracę. Co więcej, prywatny fachowiec-przesiębiorca w warunkach wolnorynkowych zdany jest wyłącznie na siebie, na swoją pomysłowość, intuicję, wiedzę i pracę. Wolno mu wszystko, co nie jest prawnie zabronione. Urzędnik zaś może robić tylko to, co jest prawnie dozwolone, czyli że cechy dobrego przedsiębiorcy na niewiele mu się zdadzą, a mogą wywoływać stres i frustrację. Urzędnik ma administrować nie popisywać się pomysłowością. Skąd więc wiadomo, który kandydat na dane stanowisko będzie najlepszy?
Mechanizm rządzący urzędami opisał ponad pół wieku temu C.N. Parkinson dowodząc, że biurokracja rozrasta się sama z siebie, bez względu na ilość wykonywanej pracy, a nawet wprost przeciwnie. Z kolei zasada Petera głosi, że każdy urzędnik osiąga swój szczebel niekompetencji, co powoduje konieczność zatrudnienia kolejnych, itd. W naszej rzeczywistości praca na urzędzie jest łupem zwycięzców wyborów. Z drugiej strony obowiązująca zasada: my nie ruszamy naszych a wy nie ruszacie waszych.
Z tych więc powodów mówienie o urzędniku-fachowcy, choćby na ministerialnym stanowisku, nie ma sensu. Ktoś taki, zdając sobie sprawę z powyższych trudności, nie obejmie żadnego stanowiska w administracji w obawie, jeżeli nie o swój stan zdrowia, to przed kompromitacją. Bo nawet najlepszy minister zderzy się ze ścianą. Dlatego najlepszym urzędem jest ten, który zostanie zlikwidowany. A co do ministrów: jak dotąd najlepszym był Mieczysław Wilczek, który przed ponad ćwierćwieczem zlikwidował większość koncesji na działalność gospodarczą pozostawiając bodajże tylko dziewięć. Dziś taka reforma nie mieści się rządzącym w głowie i to pokazuje jak dalece nastąpił postęp socjalizmu.
Postanie Warszawskie, oby ostatnie
Nie sposób pominąć co prawda nieokrągłej, bo 72. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, czwartego wielkiego, nieudanego i tragicznego w skutkach narodowego zrywu niepodległościowego, po Insurekcji Kościuszkowskiej, Powstaniu Listopadowym i Powstaniu Styczniowym. I co najważniejsze, jak dotąd ostatnim. Każde niosło swoją falę nieszczęść, za każdym razem gorszą. Analizując powstania należy zobaczyć, kto na tym skorzystał, zgodnie z łacińską zasadą cui prodest – is fecit.
Insurekcja z 1794 r. odnosząca się z sympatią do Rewolucji Francuskiej, podobnie jak tamta, miała lewicowy charakter i zakończyła się trzecim rozbiorem Polski. Skutek demograficzny to ok. 20 tys. zesłańców do Rosji. Postanie Listopadowe (1830) organizowała loża Wielki Wschód w celu powstrzymania wojsk rosyjskich przed interwencją wobec rewolucji lipcowej. Zryw ten miał swoje podłoże techniczno-gospodarcze. Efektem była likwidacja Królestwa Polskiego – państwa nie w pełni wprawdzie suwerennego ale z dobrymi widokami na przyszłość oraz ponad 11 tys. emigracja zwana Wielką. Powstanie Styczniowe (1863) zlikwidowało resztki autonomii Królestwa, skonfiskowano kilka tysięcy majątków ziemskich, które następnie zostały wystawione na licytacje i zakupione przez Żydów. Straty demograficzne: 30 tys. zabitych w trakcie działań wojennych i 40 tys. wywiezionych na Sybir. Powstanie Warszawskie (1944) było najkrwawsze – zginęło blisko 200 tys. ludności cywilnej, kilkadziesiąt tysięcy bojowników, a ok. pół miliona zostało wysiedlonych z obróconego w ruinę miasta. w tym niemal cała elita. Nie tylko z rąk Niemców, ale
i później – z rąk sowietów, którzy w jej miejsce zainstalowali swoją. Trafnie to ujął Goebbels pisząc w pamiętnikach, że Stalin „skatynizował” polskie elity. Stalin to pierwszy beneficjent powstania. Drugim są alianci. Powstanie wybuchło już po ustaleniach sfer wpływów w Teheranie, gdzie Polska została oddana w gestię ZSRR jako zapłata dla Stalina za jego udział po stronie koalicji antyhitlerowskiej. W tym miejscu widać cały absurd „kapitału krwi” – koncepcji gen. Sikorskiego, zakładającej, że po pokonaniu Niemiec państwa koalicji antyhitlerowskiej wynagrodzone zostaną w proporcji do wysiłku włożonego w wojnę, mierzonego poniesionymi ofiarami. Te alianci mieli w głębokim poważaniu. Mocarstwa wszak nie mają sumień tylko interesy. Poza tym, Powstanie powstrzymało na ponad 2 miesiące pochód Armii Czerwonej, co pozwoliło wojskom aliantów posunąć się szybciej i dalej na wschód. Czy można było Powstania uniknąć, a jeżeli tak, to co należałoby zrobić w tamtych okolicznościach? Margines był niewielki, ale powstania należało uniknąć. Nie doszłoby do takich ofiar ludzkich i strat materialnych. Oddziały AK powinny ochraniać ludność cywilną i obserwować jak nasi okupanci będą się zwalczać. To może nie brzmi zbyt bohatersko, ale bywają sytuacje gdy nie ma wyjścia dobrego. Mimo, że podział świata był już ustalony, nikt nie przestrzegł przed wybuchem powstania. Jak trafnie określił to G. Braun – Anglosasi popchnęli nas pod ciężarówkę załadowaną przez Stalina a kierowaną przez Hitlera. Ale nie doszłoby do tego gdyby nie kult poprzednich powstań, które sformatowały umysłowość polską popychającą do akcji samobójczych. Jeżeli historia ma nas czegoś nauczyć to tego, że nie możemy reprezentować interesów innych państw, a zadaniem – aby nigdy więcej do tego nie doszło. Dlatego trzeba mieć kilka wariantów alternatywnych działań politycznych. Jest to o tyle istotne, że i dziś – a wiele na to wskazuje – jesteśmy pchani do kolejnej akcji samobójczej – przeciwko Rosji w interesie innych.

Super-państwo w wersji hard
Jak było do przewidzenia, Brexit przyspieszył działania Niemiec i Francji w tworzeniu europejskiego superpaństwa zamiast Unii Europejskiej. Nie jest to projekt całkiem nowy, bo przecież w historii takie twory istniały od Cesarstwa Rzymskiego poczynając, a na nieudanej próbie zaszczepienia siermiężnego socjalizmu kończąc. Zwracam uwagę, że od Rewolucji Francuskiej wszystkie próby budowy superpaństwa miały rewolucyjny, czy jak kto woli – lewacki charakter, no i nie było w tym projekcie miejsca dla Wielkiej Brytanii. Państwo to, z różnych względów uniemożliwiało utworzenie super-państwa. Według propozycji szefa niemieckiego MSZ Franka-Waltera Steinmeiera przedstawionego państwom Grupy Wyszehradzkiej, kraje członkowskie nie będą miały własnej armii i służb specjalnych, własnej waluty oraz banku centralnego. Wspólne za to mają być: zunifikowane prawo karne, system podatkowy, jednolity system wizowy, polityka zagraniczna względem innych państw oraz organizacji międzynarodowych. Ograniczona też ma być rola NATO.
Siermiężny socjalizm minionej epoki wprowadzany był siłą, czyli – używając terminologii cyfrowej – w wersji hard. Socjalizm europejski cechuje tyrania aksamitna, czyli wersja soft. Jednak – jak zauważył klasyk Stalin – w miarę postępu socjalizmu walka klasowa zaostrza się. Dojść więc musi do konfliktu nowej euro-klasy panującej z klasą poddaną, czyli ludem i wersja soft w całym anturażu frazeologii demokratycznej już nie wystarczy. Wtedy soft zamieni się w hard. No bo co, jeżeli gdzieś w wyniku referendum mieszkańcy opowiedzą się przeciw? Tak pewnie będzie, więc może bez referendum? A co z demokracją? Są to kwestie poważne i pewnie przez Niemcy, jako państwo poważne, brane jest pod uwagę. Na szczęście (nie tylko dla nas) Niemcy i Francja mają problem z imigrantami, jednak z drugiej strony, dziwne zamachy terrorystyczne na Zachodzie mogą być wstępem do totalnej dyktatury, rzecz jasna, w obronie wolności i demokracji.
I wtedy to już będzie super-hard.

Sport jako funkcja wojny
Interesujący się sportem zapewne pamiętają najszybszą biegaczkę świata z połowy lat 60. Ewę Kłobukowską. Warto przypomnieć tę postać nie tylko dlatego, że w dziejach polskiego sportu nie ma zbyt wiele takich fenomenów, ale też ukazać kulisy sportu wyczynowego ku czemu jest okazja w związku z olimpiadą w Rio.
Kłobukowska jest mniej znana i rzadziej się o niej wspomina w odróżnieniu np. od Ireny Kirszejnstein-Szewińskiej, choć obie panie biegały w tym samym czasie. Jednak sport, wbrew temu co stara się wmówić propaganda, to nie szlachetna rywalizacja rodem z umysłu barona de Coubertina, ale gra interesów. Tak było już w starożytności, tak jest teraz, tak było w latach 60., gdy działacze konkurencyjnych acz bratnich federacji olimpijskich z NRD i ZSRR złożyły donos. Przeprowadzono stosowne badania, w wyniku których stwierdzono u Kłobukowskiej nietypową konfigurację chromosomu XXY uznając, że nie jest ona w pełni kobietą. Posłużyło to za pretekst odsunięcia jej w cień, choć sprawa nawet wtedy jednoznaczną nie była i można było się odwołać, czego polscy działacze nie zrobili kładąc uszy po sobie.
Dziś taka konfiguracja chromosomów u kobiet, zwłaszcza sportsmenek, nikogo nie dziwi i niczemu nie służy. Prawda jest taka, że bez wspomagaczy, czy to hormonalnych, czy chemicznych, czy biologicznych, nie da się osiągnąć wyniku sportowego choćby na średnim poziomie, zwłaszcza w kolarstwie, pływaniu i lekkiej atletyce. Dlatego walka z dopingiem to ściema, mająca na celu zamydlić oczy naiwnych. Bo sport to przede wszystkim wielki rynek dla firm farmaceutycznych, producentów sportowych ale i reklamowy, wart miliardów dolarów. Graczy jest wielu, od medialnych, przez producentów, w tym po federacje sportowe. Dlatego trwa zażarta walka o kasę, stąd różne dyskwalifikacje jak ostatnio naszego sztangisty, u którego wykryto jakiś hormon. Wygląda to, że każda dyskwalifikacja, zwłaszcza silnych zawodników z silnych ekip to mniejsza konkurencja czyli większy kawałek tortu przy podziale.
Sport, a w tym przypadku olimpiada, to także rynek emocji odpowiednio sterowany i kanalizowany. W celach różnych, także politycznych. Przykładem jest dyskwalifikacja częściowa reprezentacji Rosji pod zarzutem fałszowania wyników testów antydopingowych, w czym czynny udział miały rosyjskie tajne służby. To jawny absurd i to nie dlatego, żeby Rosjanie nie brali, biorą oczywiście jak wszyscy inni, ale dlatego, że gdyby działało tu KGB to nikt niczego by nie wykrył, tego możemy być pewni.
Ta sprawa to przykład kanalizacji emocji antyrosyjskich w celach, których nie znamy, ale można przypuszczać, że coś się szykuje i trzeba podgrzać opinię publiczną. Bo rywalizacja sportowa to nie tylko namiastka realnych zmagań wojennych; to faktyczna wojna w innej formie.

Wydania: