Pamięci Henryka Czai (1938–2020)

Autor: 
Henryk Grzybowski
H Czaja portret.jpg
JJJdeleg. PIG u burm. Buk 09.10.2009.jpg

W czwartek 3 grudnia na polanickim cmentarzu pożegnaliśmy Henryka Czaję – człowieka, który zostawił wyjątkowe ślady w Polanicy-Zdroju, inż. budownictwa, autora wielu inicjatyw społecznych, z czego najbardziej znana jest prowadzona od powodzi 1998 roku dyskusja o kształcie Małego Rynku. Brał udział w projektowaniu kształtu polanickiego deptaka. Był radnym Rady Miejskiej w latach 1994–1998, a od 1998 roku prezesem Polanickiej Izby Gospodarczej. W 1990 r. przyznano mu tytuł „Zasłużony dla Polanicy-Zdroju”.
Dla upamiętnienia jego sylwetki i przypomnienia dokonań przedstawiam poniżej zarys biografii, z pewnością niewyczerpującej, a także osobistej, bo wzbogaconej o garść wspomnień.
Henryk Czaja urodził się 30 marca 1938 r. we wsi Kałek w powiecie konińskim, wtedy jeszcze w woj. łódzkim. Ta przynależność była jeszcze pozostałością pozaborową, gdyż kilkanaście kilometrów na zachód przez ponad sto lat przebiegała granica między zaborem rosyjskim i pruskim. Już następnego dnia cały powiat przeniesiono do woj. poznańskiego. Ale okolicznym centrum była miejscowość Wyszyna, ze szkołą i kościołem parafialnym; teraz te pobliskie, odległe o trzy kilometry miejscowości, przedzieliła autostrada A2 i granica powiatu. Wkrótce po wojnie, jako ośmiolatek został mieszkańcem Wrocławia, zamieszkując przy ul. Walecznych na Ołbinie. Maturę zdał w słynnym Liceum Ogólnokształcącym nr 1 przy ul. Poniatowskiego, mieszczącym się w dawnej Victoriaschule (szkole średniej dla dziewcząt im. Cesarzowej Wiktorii), której absolwentką była Edyta Stein. Rozpoczął studia na Wydziale Budownictwa Lądowego Politechniki Wrocławskiej, gdzie w 1962 r. uzyskał dyplom magistra inżyniera. Jednym z jego mistrzów, nieraz o tym wspominał, był późniejszy profesor, dziekan i rektor Politechniki, Jan Kmita, w owym czasie projektant strunobetonowych mostów z betonu sprężonego przez Nysę Kłodzką w Kłodzku (most Forteczny, dawniej 15-lecia PRL) w 1958 r. i mostu Pokoju we Wrocławiu w 1959, które przeszły do historii techniki.

Ślad pierwszy. W kamieniu
Pierwszą pracę inż. Czaja podjął we Wrocławskim Przedsiębiorstwie Budownictwa Ogólnego, skąd dostał delegację do Zgorzelca. W 1967 roku, ponad pięćdziesiąt lat temu, przyjechał do Polanicy, wysłany służbowo w okresie, kiedy jego firma przejęła pałeczkę po Wrocławskim Przedsiębiorstwie Budownictwa Przemysłowego Nr 1, budując bloki osiedla mieszkaniowego na polach i łąkach przy dzisiejszej ul. Łąkowej. Przyjechał i, jak wielu innych przed nim i po nim, urzeczony miastem i uzdrowiskiem, parkiem Zdrojowym, wartko toczącą się rzeką, widokiem na kościół na Klasztornym Wzgórzu, górami na horyzoncie – zakochał się i został. Ściągnął żonę, na świat przyszedł syn i córka. Budowę osiedla kontynuował na przełomie lat 60. i 70. w wydzielonym z WPBO Kłodzkim Przedsiębiorstwie Budowlanym.
Tam też, w pierwszym zbudowanym bloku, było także jego pierwsze polanickie mieszkanie. Później w grupie pierwszych 45 prywatnych inwestorów, którzy w 1972 r. otrzymali pozwolenia na budowę, obok m.in. Firlewiczów, Rozwadowskich i Kuncewiczów, zbudował w Polanicy własny dom przy ul. Brzozowej. Za domem w głębokim obniżeniu płynie Lipnicki Potok, a za nim rozpościera się kraina łąk i lasów. Potem był pomysłodawcą i organizatorem corocznego Święta Ulicy Brzozowej, swoistego festynu mieszkańców tej ulicy i zaproszonych przez nich gości. Zacierały się różnice środowiskowe, wszyscy byli już znajomymi, odtąd liczyły się dobrosąsiedzkie kontakty. Parę lat temu zamieszkał na obrzeżu Polanicy, przy ul. Wiejskiej, jeszcze bliżej natury.
Po KPB nadzorował budowy we wszystkich dolnośląskich uzdrowiskach pracując dla wrocławskiego oddziału Biura Projektów „Balneoprojekt” w Warszawie, będącego jednostką Zjednoczenia „Uzdrowiska Polskie”. Później, gdy wyjazdy stały się już zbyt uciążliwe, ograniczył się do nadzorów w trzech kurortach podległych polanickiemu Zespołowi Uzdrowisk Kłodzkich. Jako kierownik budowy, inspektor nadzoru, a niekiedy projektant – był współtwórcą renowacji kilku polanickich obiektów, budowy kilkudziesięciu domów i warsztatów pracy, m.in. punktów małej gastronomii. Inwestorzy ufali jego doświadczeniu, licząc także na jego „szczęśliwą rękę” oraz dobre, wyrobione i przyjazne kontakty w instytucjach decydujących o odbiorze. Pracując tyle lat wyrobił sobie dobrą markę. Budował i remontował w Polanicy, pod Bystrzycą Kł. i w okolicy Wambierzyc oraz setkach miejsc Ziemi Kłodzkiej. Kiedy wyjeżdżał „w teren”, nie było go dla nikogo. Długo nie dawał się przekonać do telefonu komórkowego – mawiał, że nie chce być „psem na uwięzi”. Wszyscy go przekonywali, a mało kto to wtedy rozumiał. Szczególnie upodobał sobie gminę Radków, a i inwestorzy z tego terenu chętnie go wybierali. W weekendy, jeszcze po siedemdziesiątce, nieraz tych budów doglądał na rowerze, kilka razy towarzyszyłem mu w ramach rekreacji i poznawania okolicy. Po kilkudziesięcioletniej pracy w branży budowlanej był jeżdżącą na rowerze encyklopedią.
I przyznać trzeba, że miał naprawdę dobrą kondycję. Ten ślad w kamieniu – budowanych domów pozostał do dzisiaj.

Ślad drugi. Kształt miasta
Jeszcze jedno trzeba mu oddać. Miał zmysł i świadomość urbanisty. Jak niewielu rozumiał, czym są działania inwestycyjne, czym może być dla przyszłości miasta zabudowa pewnych fragmentów, i czym grozi zaniechanie w działaniu. Jego biuro prowadziło przebudowę deptaka po 1990 r. To w nim wykuwał się kształt tej wizytówki Polanicy, w dyskusjach z architektami Henrykiem Grycem i Anną Śliwak-Fortas, ale także później po katastrofalnej powodzi w 1998 r. Znany mostek wenecki i schody do rzeki to efekt tych działań. Nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć o długoletniej debacie o kształt magicznego miejsca w centrum miasta, wielokrotnie mającej niemal postać „wojny o Mały Rynek” z różnymi zwrotami akcji, z debatami z udziałem urbanistów, ze zbieraniem 800 podpisów mieszkańców przeciwnych zabudowie tego placu i z publikacją artykułu w prasie ze zdjęciem Henryka Czai z zaciśniętą pięścią skierowaną w stronę odwracającego głowę Burmistrza, a ostatecznie zakończonej z korzyścią dla wizerunku Polanicy jako miejscowości turystycznej i uzdrowiskowej. Polanicka Izba Gospodarcza występowała także z wnioskiem o rewaloryzację malowniczych schodów z ul. Kamiennej na ul. Parkową, a nawet była gotowa pomóc w projektowaniu oraz partycypować w kosztach inwestycji. To zadanie czeka na szczęśliwszy finał. Ostatnie z działań podejmowanych jeszcze w tym roku, to prowadzony z radną mgr Jolantą Bachry projekt budowy nowego domu przedpogrzebowego, czy zwołana na kilka dni przed zdiagnozowaniem u niego poważnej, jak się okazało śmiertelnej choroby, narada w sprawie rysującej się możliwości stworzenia polanickiego muzeum, będącego jednocześnie muzeum szkła Ziemi Kłodzkiej, na zwołanie której nalegała mgr inż. Anna Nowak z d. Januchta, jedna z pierwszych mieszkanek Polanicy, wtedy jeszcze Puszczykowa, bo od sierpnia 1945 r. To jego starania doprowadziły do tego, że żyjemy w takim, a nie innym otoczeniu. I to jest jego spuścizna i drugi ślad.

Ślad trzeci. Książka
Starszym członkom polanickiej społeczności dał się poznać również jako pasjonat i wspaniały organizator legendarnych spływów kajakowych, najpierw Nysą Kłodzką, a w 1976 r. ekstremalnego spływu na Dunajcu, potem przez wiele lat spływów służby zdrowia na rzece Ełk. Był to malowniczy szlak wiodący przez liczne jeziora. Po trzech kolejnych zwycięstwach kajakarze z Polanicy zdobyli piękny puchar, jednak zapraszano ich dalej, a oni wciąż zdobywali laury. Zaliczyli również spływy Czarną Hańczą, Krutynią na Mazurach, jeziorami Ostródzkimi, Kanałem Elbląskim. W 1981 r. płynęli trudną, ale piękną Drawą z Czaplinka do
Krzyża, i następnie Obrą od Sławy Śląskiej do Międzyrzecza.
Henryk Czaja był również uczestnikiem nieformalnego stowarzyszenia pielgrzymkowego zgrupowanego przy kościele na Sokołówce. Pielgrzymie szlaki wiodły najpierw do Czarnej Madonny na Jasną Górę w Częstochowie, potem do Rzymu i dalej w świat sanktuariów maryjnych w całej Europie: francuskich – Lourdes, La Sallet, Saintes-Maries-de-la-Mer, Fatima w Portugalii, Mariazell w Austrii, Medziugorje w Hercegowinie, Ostra Brama w Wilnie. W końcu przyszedł czas na Ziemię Świętą: Jerozolimę, Betlejem i Nazaret. Przy okazji zwiedzano oczywiście nie tylko sanktuaria. Całkiem prywatnie już zwiedził m.in. Wietnam i Kalifornię (zaproszony przez jedną z klientek jego biura).
Te spływy i pielgrzymki Henryk Czaja opisał w kilku rozdziałach 2. tomu książki Polanica-Zdrój wczoraj i dziś. A także historię polanickiego rzemiosła od kolebki do dużych firm wykonawczych. Pokusił się także o historię polanickiego sportu. Sam był pasjonatem koszykówki, grał w drużynie Ślęzy Wrocław, następnie był współzałożycielem sekcji koszykówki mężczyzn w KS Turów Zgorzelec. Nie mogąc się rozstać ze sportem, już po przeprowadzce do Polanicy jeździł na treningi do Kłodzka. Te jego przeniesione na papier i opublikowane wspomnienia to trzeci ślad – pisany dla potomnych.

Ślad czwarty.
Polanicka Izba Gospodarcza
Choć zawodowo związany byłem z Polanicą już od 1991 r., inżyniera Czaję poznałem dopiero na jednej z sesji Rady Miejskiej w listopadzie 1997 r. Był tam jednym z kilku radnych, którzy uzyskali mandat z poparciem Polanickiej Izby Gospodarczej, Pamiętam, że dopytywał mnie, skąd pochodzę, a kiedy w końcu powiedziałem, że dawno temu mieszkałem w Koninie, a w mieście i okolicach miałem liczną rodzinę ze strony mamy, okazało się, że mamy wspólne korzenie. Byliśmy nawet w tym samym dekanacie konińskim, później parafia w Wyszynie była podległa dziekanowi z Koła, który to urząd w pewnym okresie sprawował rodzony brat mojej babki ks. prałat Julian Olejnik. Pierwsze lody zostały więc korzystnie przełamane.
Kiedy po powodzi w 1998 roku należało skrzyknąć przedsiębiorców w celu wspólnego wystąpienia z wnioskami o pomoc w usuwaniu skutków katastrofy, stało się to pod egidą PIG. Zaufali mu budowlańcy, kupcy, restauratorzy i hotelarze i tak w sierpniu 1998 r. inż. Henryk Czaja został prezesem PIG, której przewodził przez ponad 20 lat. Integrował środowisko. Było to potrzebne, a członkowie PIG wymieniali poglądy i doświadczenia, spotykali się z przedstawicielami władz samorządowych, Urzędu Skarbowego i ZUS, brali udział w szkoleniach. Jest to, jedna z kilku zaledwie, niezależna organizacja w mieście, niezależna od łaski władz i miejskich dotacji. Pielgrzymkowe doświadczenia przydały się Henrykowi Czai przy w organizowaniu wyjazdów studyjnych Polanickiej Izby Gospodarczej z wizytą do izb przemysłowo-handlowych w kolejnych krajach. Zaczęło się w 2007 r. od niemieckiego Kassel, gdzie delegacja PIG była podejmowana przez liczącą kilka milionów członków Heską Izbę Przemysłowo-Handlową i gościła u potentata w branży kotłów grzewczych firmy Viessmann, dalej Drezno i miasto partnerskie Polanicy, Telgte, w Nadrenii Półn.-Westfalii. Były kontakty z izbami czeskimi, słowackimi, a przy okazji kąpiele w termach w Beszeniowej, Tatralandii, Pieszczanach na Słowacji, w Tropical Islands w Brandenburgii i w Büku na Węgrzech. W 2013 członkowie Izby odwiedzili trzy stolice: Wilno, Rygę i Tallinn. Był Gdańsk i Kaszuby, Mołdawia i w końcu Gruzja. Pod wodzą prezesa członkowie PIG wizytowali Wystawy Światowe Expo: w Hanowerze w 2000 i Mediolanie w 2015 r. W czasie degustacji mołdawskich win, dojrzewających w ciągnących się kilometrami piwnicach, gospodarze po przedstawieniu historii winiarstwa i technologii wytwarzania wina, chcieli poznać wrażenia i pytania uczestników wycieczki. Inż. Czaja, którego oczy od pewnego czasu skierowane były w górę, zadał więc najbardziej oczywiste pytanie: – A jak zbudowany jest ten strop?
Jego pomysłem i sukcesem było stworzenie, teraz bardziej zwyczajowej, siedziby PIG z zaniedbanej i zasypanej po sufit szlaką piwnicy w lokalu, gdzie dzisiaj działa restauracja Gospoda Altheide.
Od kampanii wyborczej do samorządu w 2002 r. Polanicka Izba Gospodarcza przeprowadzała publiczne debaty kandydatów na burmistrza i radnych, urządzane w dużych salach, teatrze i kinie. Były z zaciekawieniem śledzone przez mieszkańców miasta i cieszyły się bardzo dużą frekwencją. W tym okresie Polanicka Izba Gospodarcza zaczęła też obchodzić Narodowe Święto Niepodległości 11 listopada, co wówczas nie było powszechną praktyką. Zawsze było to spotkanie towarzyskie połączone z przypomnieniem historii dochodzenia do niepodległości, i ludzi z tym związanych. Od 10 lat przyjęła się nowa formuła połączona ze spożywaniem gęsiny, ale mocno związana ze starym zwyczajem Dnia Św. Marcina. Oprócz powagi, były też konkursy na fraszki o gęsinie, występy instrumentalne, wokalne (z obowiązkowym jednak wykonaniem zestawu pieśni patriotycznych) i taneczne. Kilka razy w roku członkowie Izby, wraz z gośćmi, spotykali się przy takich okazjach jak spotkanie poświąteczno-przednoworoczne, śledzik, walne zgromadzenie, rozmaite koncerty, a na Sylwestra otwieranie szampanów i strzelanie fajerwerków, również przez profesjonalne firmy. Do legendy przeszły organizowane przez PIG wesołe obchody Nocy Świętojańskiej, w których brało nieraz udział nawet tysiąc mieszkańców i przyjezdnych, a zdarzało się, że występowali soliści opery wrocławskiej. Rada PIG z udziałem zainteresowanych odbywała się co miesiąc, lub co kilka miesięcy i nie zdarzyło się, by skończyło się tylko na dyskusji. Takie wydarzenia również integrowały środowisko polanickie. I to jego kolejny wyraźny i trudny do zasypania ślad.

Ślad piąty. Dyskusje i rozmowy
Henryk Czaja lubił wymieniać poglądy przy drugim śniadaniu w swoim biurze, dokąd chętnie zapraszał, lub przy obligatoryjnej kawie, na tą około południa udawał się do Gospody Altheide, a ostatnio do kawiarni Art Café, jednocześnie siedziby Towarzystwa Miłośników Polanicy, któremu także trochę pomógł przy jej adaptacji. Lubił pogawędki z ludźmi, mieszkańcami Polanicy i przyjezdnymi, ciekaw był ich opinii o mieście. Chciał brać udział nawet w takich wydarzeniach, jak przekazanie Wiesławowi Lewickiemu książki ze specjalną dedykacją od noblistki Olgi Tokarczuk. Umówiliśmy się wszyscy 11 sierpnia w Bohema Caffe obok pijalni. Inżynier nie pojawił się, nie przeczuwaliśmy jednak nic złego. Następnego dnia dotarła informacja o pobycie w polanickim SCM-ie, kilka dni później o poważnej chorobie. Gdy wyszedł ze szpitala, nie umiał siedzieć bezczynnie, nawet w domu. Odszedł, robiąc to, co lubił, konsultując projekty i problemy wykonawcze budów i remontów. Zmarł w sobotę wieczorem 28 listopada 2020 r. w otoczeniu rodziny.
W 1990 r. przyznano mu tytuł „Zasłużony dla Polanicy-Zdroju”. Nie było to jednak zbyt szczególne wyróżnienie, biorąc pod uwagę masowy charakter jego przyznawania w tamtym okresie, kiedy to w ciągu niecałego roku po politycznym przełomie uhonorowano w ten sposób niemal setkę osobistości. Kiedy w 2013 r. władze miasta wnioskowały o przyznanie Złotych Odznak Honorowych „Zasłużony dla Województwa Dolnośląskiego” (odznaki te przyznano 10 osobom związanym z Polanicą), zapomniano jednak o budowniczym osiedla i wybitnym społeczniku. Niezależność ma swoją cenę.
Georg Wenzel, urodzony w Polanicy prezes niemieckiego banku, autor Heimatbuchu poświęconego historii niemieckiego Altheide, wspomina życzliwość, z jaką zawsze witał go inż. Czaja, widząc go na nowo w Polanicy. Wiele osób na Facebooku – to znak czasów – podkreślało jego zaangażowanie w sprawy miasta. I to na pewno nie ostatni ślad, w ludzkich umysłach i sercach.
Na zdj.: Delegacja PIG u Burmistrza – 2009

Wydania: