Opowiadanie: Droga
Ta droga prowadziła donikąd. Było to dla mnie niezrozumiałe, dlaczego ta droga kończy się właśnie w takim miejscu? Zastanawiałem się też, czy to tylko przypadek sprawił, że znaleźliśmy się tutaj, czy też było to nieuniknione spotkanie. Targały mną wątpliwości, bo mój ojciec często powtarzał, że każdy człowiek przemierza w swoim życiu wiele dróg, i niezależnie od swojej woli, kiedyś musi trafić na taką, która nigdzie nie prowadzi.
Nie mogłem również uwierzyć, że czarna, asfaltowa wstęga, prawie nie zniszczona, urwie się w takim miejscu. Mój ojciec też był zaskoczony tym faktem. I bardzo mocno zdziwiony.
Z niedowierzaniem rozpostarł mapę i studiował ją, trzymając w rękach. Na mapie wszystko się zgadzało. Droga z towarzyszącym mu strumieniem, oraz otaczające je góry, były na niej tak wyraźnie zaznaczone, że o pomyłce nie mogło być mowy. A jednak to wzgórze, siedzące jak kwoka na rozgrzanym od słońca asfalcie, tkwiło na przekór logice, drwiąc z wszelkich map, i tej zdawałoby się, zawsze pewnej rzeczywistości. Ucieszyłem się jednak z tego, że zostaliśmy zmuszeni do postoju w pół drogi. Miałem bowiem nadzieję, że w ten sposób zostaną wreszcie wyjaśnione wszystkie wątpliwości, które nurtowały mnie od dłuższego czasu. Żyłem w ciągłej niepewności, w ciągłym napięciu, które doprowadzało mnie do bólu żołądka i bezsenności. A dotyczyły one mojego zamkniętego, oddzielonego ode mnie jakąś barierą, ale kochanego i podziwianego przeze mnie ojca.
• I co dalej? – spytałem go, widząc jakie wątpliwości przeżywa.
Ojciec w dalszym ciągu studiował mapę, obracając ją na wszystkie strony. Porównywał jej położenie ze słońcem, omszałymi z jednej strony drzewami, kierunkiem wiatru, którego nie było, i nie wiadomo z czym jeszcze.
• No i nic – odpowiedział, doszedłszy widocznie do tego bardzo odkrywczego wniosku.
• Więc wracamy? – spytałem.
Rozejrzał się dokoła. Ja również. Droga kończyła się w dolinie, otoczonej z dwóch stron wysokimi wzgórzami, a z jednej, właśnie przed nami, tym nierealnym, nienaturalnym, a jednak prawdziwym wzgórzem, porośniętym lasem.
• Mógłbym przysiąc, że ta droga nie kończyła się w tym miejscu – powiedział mój ojciec niezbyt pewny tego stwierdzenia. Widocznie pomyślał sobie, że to pamięć spłatała mu figla.
• Kiedy ostatni raz tutaj byłeś, tato? – spytałem.
Wysilił pamięć odmierzając czas wydarzeniami, skacząc od jednego z nich do drugiego, jak po wysokich tyczkach na szlaku w czasie mgły, gdyż tylko one są wtedy widoczne.
• Będzie ze dwadzieścia...albo i więcej... – odpowiedział jeszcze bardziej zdziwiony tą odległością w czasie.
- Niemożliwe, że to było tak dawno – dodał po chwili.
• Więc wracamy? – spytałem ponownie, zdając się na jego decyzję.
• Myślę, że możemy zostać jakiś czas – odpowiedział niezdecydowanie.
Rozejrzałem się wokół jeszcze raz, dokładniej. Słońce świeciło wysoko. Było ciepło, wręcz upalnie, bezwietrznie. Otaczający nas las rozbrzmiewał śpiewem ptaków. Na płaskiej polanie ktoś bezładnie poustawiał drewniane stoły z ławami. Rozrzucił je jak liście, które wiatr strąca z drzew. Widocznie żadne plany tu nie obowiązywały.
• Więc zostańmy – zgodziłem się. Powietrze było bardzo wilgotne, a moje plecy jeszcze bardziej. Więc odpoczynek nad chłodnym strumieniem był nawet wskazany.
Przeszliśmy z rowerami przez drewnianą kładkę, przerzuconą nad niewielkim strumykiem, i oparliśmy je o drewnianą ławę znajdującą się obok stołu, wykonanego z pnia drzewa, przeciętego wzdłuż i okorowanego. Sami usiedliśmy po przeciwnej stronie, na drugiej ławie. Mój górski rower był całkiem nowy. Aż błyszczał nowością. Otrzymałem go rano, w prezencie na trzynaste urodziny. Zaskoczony byłem tym prezentem, ale bardzo dumny. Niestety, rower mojego ojca wcale nie pasował do towarzystwa „górala”. Miał chyba tyle samo lat, co jego właściciel. Był zadbany, naoliwiony i sprawny. Ale stary. Wiadomo, że różnicę w sprzęcie dzisiejszym, i tym sprzed kilkunastu lat widać wyraźniej, niż w wyglądzie ludzi. Wydaje mi się, że ludzie starzeją się dużo wolniej. Dlatego mój ojciec wyglądał młodziej niż jego rower. Chyba dlatego, że był wysportowany, sprawny i zdrowy. Cóż z tego, kiedy jadąc obok niego przez kolejne wioski zastanawiałem się, dlaczego nie ma takiego samego roweru jak ja, i musi jechać starym gruchotem.
Usiedliśmy na ławie, a mój ojciec wyjął z sakwy rowerowej prowiant. Nie wiadomo po co, bo głodu wcale nie odczuwałem. To sięganie po jedzenie było chyba jakimś odruchem, przekazanym nam przez praprzodków, i niezależnym wcale od aktualnej sytuacji. Wszak znajdowaliśmy się w lesie, gdzie zawsze oznaczało ono przetrwanie. Nam na szczęście nic nie groziło. Ale...
Po długim pedałowaniu pod górę zgrzałem się okropnie. Zazdrościłem swojemu tacie kondycji, który pedałował cały czas lekko, bez wysiłku.
• Ciekaw jestem, co znajduje się za tym wzgórzem, które wyrosło wprost na drodze? – spytałem.
• Uwierz mi, że zupełnie się pogubiłem – odpowiedział z rozbrajającą szczerością.
Przyglądałem się z zaciekawieniem temu wybrykowi natury, przykrywającemu asfalt, gdyż spotkałem się z czymś takim po raz pierwszy. To było bardzo ekscytujące.
• Za tym wzgórzem musi znajdować się jakaś miejscowość – powiedział mój ojciec.
• Niemożliwe – odparłem. - Jak by się tam dostali mieszkańcy?
• Na pewno wiedzie tam jeszcze inna droga – odpowiedział bardzo logicznie.
Jadąc na tę wycieczkę, jak się okazało bardzo długą, zastanawiałem się, co też skłoniło mojego ojca do zabrania mnie ze sobą. Zrobił to, ku mojemu zaskoczeniu, po raz pierwszy od dwóch lat. Bałem się zadać to pytanie, aby nie otrzymać banalnej odpowiedzi w stylu: „bo jest ładna pogoda”, albo „chciałem zobaczyć jak jeździsz”. Oczekiwałem innej, bojąc się, aby nie zabrakło jej w wyjaśnieniu. Czekałem na coś, co dotyczyło nie zewnętrznych oznak jego działania, nie oprawy tych działań, lecz tego co się za tym kryło. I nie jakiegoś substytutu, lecz tego prawdziwego powodu, którego mogłem się w swej naiwności tylko domyślać.
• Tato... – zacząłem, zdecydowany zapytać go o to. Lecz gdy zobaczyłem, jak jest zagubiony w tym cichym zakątku, zwątpiłem.
• O co chodzi? – spytał.
• Zastanawiam się, dlaczego ktoś poustawiał w tej kotlinie ławki, skoro na mapie droga wiedzie dalej? – spytałem zmieniając temat.
• Może to jest poczekalnia? – spytał ironicznie. Musiałem przyznać, że ma poczucie humoru.
• Dla kogo?
• Dla podróżnych.
• Jak to? – zdziwiłem się, nie mogąc nadążyć za jego myśleniem.
• Może góra otwiera się i co jakiś czas przepuszcza wędrowców – powiedział poważnie.
Roześmiałem się ze świetnego żartu, chociaż wyobraźnia podsuwała mi wiele sposobów przejścia tego wzgórza. Lecz zamiast zadać ojcu to ważne dla mnie pytanie, i otrzymać szczerą odpowiedź (taką na jaką liczyłem), rozmawiałem z nim o idiotycznych sprawach, które plątały jeszcze bardziej tę delikatną pajęczynę, która łączyła mnie z nim. W końcu wzięliśmy się za jedzenie. To było jedyne rozsądne zajęcie w tym momencie. Przynajmniej na czymś można było skupić uwagę. Zauważyłem już wcześniej u kolegów, że zawsze gdy nie mają nic do powiedzenia, wyciągają papierosy, i celebrują zapalanie, wdychając głęboko dym, aż oczy im wychodzą z orbit. Tymi czynnościami zastępowali to jedno nie wypowiedziane zdanie, które świadczyłoby, że właśnie zbierają myśli. Jednak najczęściej w tym momencie przestawali to robić. Aż wstyd mi się przyznać, ale niekiedy imponowało mi takie zachowanie.
Jedliśmy twarde jabłka, gapiąc się na niespodziewaną przeszkodę, która wyrosła przed nami. Wokół panował błogi spokój, świeciło słońce i było zielono. Ale bardzo parno. Może dla mego ojca było tu ciekawie. Ale dla mnie wiało nudą: ciepłą, wilgotną nudą. Musiałem się więc uzbroić w cierpliwość. Dla osiągnięcia ważniejszego celu.
Nagle usłyszeliśmy warkot silnika. Obydwaj zwróciliśmy głowy w tę stronę, skąd dolatywał. Na zakręcie pojawił się samochód. Piękny, lśniący srebrem. Od razu rozpoznałem markę. Mercedes. Toczył się, a właściwie płynął po asfalcie cichutko, aż do momentu, gdy zatrzymał się przed przeszkodą. Z wnętrza wysiadł facet. Jasne spodnie, biała sportowa koszula, białe buty, szpakowate włosy, na nosie słoneczne okulary. Zdjął je, przyglądając się ze zdziwieniem wzgórzu. Wyjął z samochodu mapę i rozłożył ją na masce. Chwilę studiował.
• Nie do wiary – powiedział do siebie głośno. Zabawnie wyglądało jak facet mówi sam do siebie. Ale chyba zreflektował się.
• Tereniu popatrz! – zwrócił się do wnętrza auta.
Z drugiej strony wysiadła kobieta. Może dziewczyna. Wysoka blondynka. Białe szorty, wysokie buty, biała bluzka, ciemne okulary.
• Co chcesz mi pokazać pieseczku? – spytała.
• Spójrz – odpowiedział pieseczek pokazując przeszkodę nie do przebycia. - Ta droga wiedzie donikąd!?
• Przecież to ty prowadziłeś pieseczku. Nie ja. Zawsze byłeś fujarą.
• Mówiłem ci, żebyś nie nazywała mnie fujarą! – krzyknął. - Wypraszam sobie.
W tym momencie zobaczył nas, siedzących na ławie w zielonym cieniu.
• Zobacz tylko, jaki to cudowny zakątek – powiedział z godnym pozazdroszczenia refleksem, zmieniając ton, i zamazując tym nasze pierwsze o nim wrażenie. - Mieliśmy szczęście trafić tutaj.
Szpakowaty facet miał chyba ze sto lat. Może trochę przesadziłem. Ale był dużo starszy od mojego ojca, który miał ich sporo. Dziewczyna była chyba trochę starsza ode mnie. No... może więcej niż trochę.
• Dzień dobry – szpakowaty jegomość zwrócił się do nas. - Pięknie tutaj.
Czekał na potwierdzenie. Bo niby na co mógł czekać.
• Miejsce wprost wymarzone na odpoczynek – odpowiedział mój ojciec.
• Słyszysz skarbie – zwrócił się do blondynki, która utonęła w pięknym fotelu auta.
Nie słyszała lub nie chciała słyszeć. Zapalała właśnie papierosa. Dotknęła ręką radio w samochodzie i otworzyła drzwi. Przytłumiona dotąd muzyka płynąca z głośników, wylała się na zewnątrz, wypełniając dolinę. Śpiew ptaków gdzieś się zgubił. Z podziwem patrzyłem na piękny samochód. Musiał mieć dużo głośników we wnętrzu, skoro muzyka była tak głośna, czysta i wyraźna.
Spojrzałem bliżej. Nasze rowery stały przytulone do siebie i oparte o ławę, jak zmęczeni turyści. Ojciec powędrował wzrokiem za moim spojrzeniem. Coś musiał w nim wyczytać, bo spytał: Ładne auto, co?
• Trochę za wielkie – odpowiedziałem, wiedząc co ma na myśli.
Ładne, czy nie, wielkie czy małe, ale chciałbym, żebyśmy mieli jakiekolwiek – pomyślałem. Niestety nie mieliśmy żadnego. A to taki wstyd. Tata tłumaczył się kiedyś, że wszystkie pieniądze poszły na mieszkanie. Śmieszne tłumaczenie. Gdy mama spytała go o to, ile pieniędzy wydał, powiedział że wszystkie zaoszczędzone dotychczas. Roześmiała mu się wtedy w nos.
• Więc tyle tylko byłeś w stanie odłożyć? – spytała drwiąco.
Wtedy żal mi się go zrobiło. Miał bowiem taką minę, jakby ktoś mu powiedział, że jest bez nogi, tylko o tym jeszcze nie wie.
• Wiem, wiem – powiedział. - Jestem belfrem. Przyznaję. Nie rozumiem tylko, dlaczego muszę się z tego zawsze tłumaczyć.
Ja też nie rozumiałem, dlaczego on ciągle się z tego tłumaczy. Czyżby to była jakaś ujma dla mężczyzny. Zauważyłem tylko, że gdy przy różnych okazjach chwaliłem się tym, kim z zawodu jest mój ojciec, wszyscy dziwnie na mnie patrzyli. Jakbym powiedział coś niestosownego. A może patrzyli z zazdrością. Tylko czego mogli mi zazdrościć?
Facet z mercedesa rozmawiał z blondynką. Gestykulował przy tym zawzięcie. Tak, jakby mówił dwoma językami: słyszanym i widzianym. Byłem pewny, że namawiał pasażerkę, aby zechciała przesiąść się na łono pięknej natury. Domyślałem się tylko, gdyż nie słychać było jego głosu. Zagłuszała go muzyka i nasze żuchwy, walczące z twardymi jaki kamień jabłkami.
• Tato. Chodźmy już – zwróciłem się do ojca.
• Zostańmy jeszcze trochę... – poprosił tak, jak się prosi niegrzeczne dziecko, aby siedziało cicho.
Czekałem na to, co chce jeszcze powiedzieć. Ale milczał.
• Chciałeś mi jeszcze coś powiedzieć tato? – spytałem słodko.
Spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Na pewno pomyślał sobie „ale dociekliwy jest ten mój Piotrek”. Już otwierał usta, aby coś powiedzieć, gdy znów usłyszeliśmy warkot silnika.
Z zakrętu wyłonił się następny samochód. Jechał bardzo szybko. Kierowca widocznie w ostatnim momencie zobaczył stojące na drodze auto, bo zaczął gwałtownie hamować. Zatrzymał się o milimetry za mercedesem.
• Audi – wyjaśniłem ojcu, chociaż wiedziałem, że na pewno też zna tę markę samochodu.
Z auta dosłownie wyskoczył kierowca. Okrągła postać z brzuszkiem. W popielatych spodniach i koszuli w kratkę.
• Dlaczego pan stoi na środku drogi? – rzucił pytanie piskliwym głosem w stronę szpakowatego.
• A pan nie widzi tego? – szpakowaty pokazał ręką na wybryk natury.
• Co? – wymamrotał okrągły. - Góra na drodze?
Rozejrzał się wokół i oszacował miejsce. Zobaczył mnie i mojego ojca, siedzących przy drewnianym stole z obojętnymi minami. Rzucił okiem na nasze rowery, i na strumień cicho szemrzący. Od razu podjął decyzję. Taką miał widocznie naturę. Jak jest okazja to trzeba z niej korzystać. Zagadki niech rozwiązują inni.
• Miecia! – zwrócił się do swojej żony. - Zostajemy tutaj. Wysiadajcie!
Najpierw wysiadła jego żona. Tak samo pulchna jak on, tylko jeszcze bardziej uwypuklona przez obcisły dres, który miała na sobie. Zresztą bardzo ładny, kolorowy. Tylne drzwi audi otworzyły się i na polanę wystrzeliło dwóch chłopców. Byli ubrani jednakowo w żółte koszulki i zielone spodenki. Z początku myślałem, że widzę podwójnie, tak byli do siebie podobni.
• To co, idziemy? – spytał tym razem mój ojciec.
Teraz ja miałem ochotę zostać. Wreszcie coś zaczęło się dziać na tej nudnej, leśnej polanie przy drodze.
• Zostańmy jeszcze trochę – poprosiłem go w ten sam, co on mnie wcześniej, sposób.
Ojciec zgodził się nie mówiąc tego. Po prostu siedział, tak jak ja na ławie, i obserwował zachowanie przybyłych do tego miejsca ludzi. Przybyłych tak jak my, przypadkowo.
Bliźniacy z wrzaskiem zaczęli biegać po zielonej trawie, i jak szczeniaki gonić się i przewracać. Ich ojciec chcąc ukrócić zabawę, wyjął z bagażnika kolorową piłkę i rzucił w ich kierunku. Przewracanie zamienili na kopanie piłki i siebie. W zależności od tego, co było bliżej nogi.
Mąż pani Mieci wyjął dwa kosze jedzenia i postawił na jednym z drewnianych stołów.
• Właśnie takiego miejsca szukałem – zwrócił się do niej. - Takiego, gdzie jest las, trawa, słońce i woda.
• Piękne miejsce?! – burknąłem pod nosem zgryźliwie.
• Nie podoba ci się tutaj? – zdziwił się mój ojciec.
• Podoba, podoba – pospieszyłem z odpowiedzią, pragnąc uczestniczyć w tym rytualnym odpoczynku na łonie natury. Dotarło do mnie to, że nareszcie jestem świadkiem autentycznego spotkania ludzi z przyrodą, a nie tylko biernym świadkiem tych oglądanych w telewizji.
Mój ojciec nie patrzył na ludzi. Obojętnie obserwował zieloną ścianę lasu i wodę w strumieniu, wysyłającą świetlne refleksy. Ale ja wiedziałem, że to jest tylko maska. On nawet nie patrząc, widział to, czego ja nigdy nie zauważałem. I potrafił zawsze wyciągnąć z tych obserwacji bardzo celne wnioski. Podziwiałem go za to. Jednocześnie zastanawiałem się, dlaczego nie wykorzystuje tych swoich zdolności dla własnych praktycznych celów. Chociażby po to, aby moja matka nie patrzyła na niego tak kpiącym wzrokiem. Znając te jego zalety, nie mogłem zrozumieć jak mógł pomylić drogi, którymi na pewno bardzo często wędrował.
• Znów jakieś auto – ucieszyłem się, słysząc pracę silnika na wysokich obrotach.
• Ja też słyszę – potwierdził.
Na drodze pojawiło się następne auto. Tym razem dużo mniejsze od pozostałych. Białe.
• Co to za marka? – spytał ojciec.
Chwilę przyglądałem się samochodzikowi. Nie znałem jednak tej marki. Domyślałem się tylko.
• Chyba jakiś francuski model – powiedziałem w końcu, aby udowodnić, że coś jednak wiem.
Białe auto zatrzymało się za śliwkowym audi. Wysiadł z niego młody mężczyzna, prawie chłopak. Na pewno tylko trochę starszy ode mnie.
Z drugiej strony wysiadła dziewczyna. W moim wieku. To wiem na pewno. Wyglądali jak rodzeństwo. Oboje śniadzi i czarnowłosy. Ubrani w dżinsy i luźne koszule.
• Można zostawić? – spytał chłopak zwracając się do nas, bo siedzieliśmy najbliżej.
Ojciec mój kiwnął potakująco głową. W jego oczach ujrzałem błysk tryumfu. Na pewno chociaż przez chwilę poczuł się właścicielem mercedesa, audi i całej tej polany, z jej zielenią, słońcem i śpiewem ptaków.
Chłopak wyjął z samochodu koc, i zamknął auto włączając alarm. Zwracając się w naszą stronę, uśmiechnął się przepraszająco. Tak jakby mówił „boję się o samochód, bo to nie mój, tylko pożyczony”. Wziął dziewczynę za rękę i razem skierowali się w stronę lasu. Po chwili znikli w jego gąszczu.
Siedzieliśmy w dalszym ciągu z ojcem na ławie. Gryźliśmy twarde jabłka i obserwowaliśmy otoczenie. Radio w mercedesie grało w dalszym ciągu na cały regulator, bliźniacy wrzeszczeli, a ich rodzice wypakowywali z koszy jedzenie. Szpakowaty pan siedział sam przy stole niedaleko nas, do którego w międzyczasie podszedł. Jego blondynka (żona, córka czy kochanka), spacerowała brzegiem strumienia zrywając rosnące tam kwiatki. Jak mała dziewczynka. Widocznie natura podpowiedziała jej, co robi się w takim zakątku. Albo tylko przypomniała. Nie mogąc się doczekać, kiedy znudzi jej się to zbieranie i siądzie koło niego, szpakowaty pan wstał, i udając leniwca przeciągnął się, robiąc przy tym kilka kroków w naszą stronę. Zatrzymał się, wahając. Na pewno zastanawiał się, czy może do nas podejść. Widocznie nie mieliśmy w oczach zaproszenia. Ale mimo tego podszedł. Teraz mogłem przyjrzeć mu się dokładniej. Stwierdziłem, że był jednak dużo, dużo starszy od mojego ojca. Nie wiem tylko, dlaczego tak mnie to odkrycie ucieszyło. Ale miał piękną koszulkę. Nie przypuszczałem, że biel może być aż taka biała.
• Ładny rower – powiedział, aby zacząć rozmowę.
Nie powiedział rowery, tylko rower. Tak jakby widział tylko jeden, na pewno mój. Zaniepokoiłem się. Może rower ojca rzeczywiście stał się niewidoczny, rozpływając się w czasie.
• Jak wszystkie górskie – odpowiedział ze skromnością mój ojciec.
On zawsze wiedział co powiedzieć. Nie to co ja. Na pewno bym podziękował. A potem bym się wstydził za to, co powiedziałem. Przecież nikt nie dziękuje, gdy mu powiesz, że ma drogi samochód. Co innego, gdy ktoś chwali twój wygląd, chociaż wcale tak nie myśli. Samochód podziwia się szczerze. W myślach. I szczerze zazdrości, nie przyznając się do tego nawet przed sobą.
• Tutaj zdają one egzamin, prawda? – spytał szpakowaty.
• Same niestety nie jadą. Trzeba pedałować – odpowiedział mój ojciec.
• Nie to miałem na myśli – wyjaśnił starszy mężczyzna, zbity z tropu.
- Chodziło mi o to, że można nim jeździć wszędzie . Nie tylko po asfalcie.
• To prawda. Tylko, że po górach powinno się chodzić, a nie jeździć. Od tego są drogi.
• Nie rozumiem pana.
• Wydaje mi się, że ten kto się spieszy, nigdy nie powinien udawać się w góry. Tam nie ma szybkich i łatwych dróg.
Ojciec zadziwił mnie. Potrafił w tak prosty sposób, wyjaśnić bardzo skomplikowany problem. Teraz domyślałem się już, dlaczego nie chciał zmienić roweru. Był mu po prostu niepotrzebny. W tym momencie serce zabiło mi mocniej. Przestraszyłem się, że tym sposobem nie chce mnie wpuścić do swojego świata. Widocznie chce w dalszym ciągu iść sam własną drogą. Dlaczego? – pytałem się samego siebie. Na próżno.
• Trafnie to pan określił – powiedział szpakowaty mężczyzna. - Szybkie drogi – zaśmiał się patrząc na wzgórze i mówiąc, że pasuje ono do asfaltowej drogi jak komplet wypoczynkowy do drzew. W tym momencie olśniła mnie myśl, że to może być odwrotnie. To czarny asfalt wcale nie pasuje do tego wzgórza, kalecząc cały krajobraz czarną pręgą.
• Ta droga nie jest chyba szybka – kontynuował śmiejąc się.
• To jest ślepa droga – stwierdził mój ojciec poważnie to, o czym wszyscy zdążyli się już przekonać. Na pewno pragnął zakończyć rozmowę.
• Całe szczęście, że dzisiaj jest tak ładny dzień – mówił dalej szpakowaty już bardziej rozluźniony. Za wszelką cenę chciał jednak pogadać. Lecz mój ojciec nigdy nie był gadułą. Za to był kulturalny. Nieraz aż za bardzo.
Spojrzałem w niebo, a właściwie w widoczny z ławki kawałek nieba, dyszącego z upału i wilgoci. „Rzeczywiście piękny dzień – pomyślałem z przekąsem – tylko patrzeć jak ta cała wilgoć w powietrzu zbije się w jedną wielką masę”. Teraz wiem, że pomyślałem o tym w nieodpowiednim momencie. W bardzo nieodpowiednim momencie.
• Bo wie pan – cały czas zwracał się szpakowaty tylko do mego ojca, tak jakby mnie wcale nie zauważał. - Pół dnia jechałem tutaj, spiesząc się na przyjęcie. I akurat musiałem trafić na tę drogę. Nie wiem, czy zbłądziłem, czy tylko pomyliłem je. Na szczęście mam jeszcze spory zapas czasu.
Mój ojciec poczęstował mężczyznę jabłkiem, który wziął je chyba przez grzeczność, gdyż na pewno nie uszło jego uwadze nasze zmagania z jego twardym miąższem. Myślę, że nie zamierzał topić w nim swoich białych zębów. Na pewno nie swoich, naturalnych. Musiał je kupić, płacąc za nie ogromne pieniądze. Coś na ten temat wiedziałem. Moja babcia przecież też miała sztuczne zęby. Ale gdzie jej do tych równych, białych jak śnieg, które pokazywał mężczyzna przy każdym uśmiechu.
• Czy korzystając z okazji, mogę pana o coś zapytać? – zwrócił się do mojego ojca.
• Słucham.
Wówczas ten otworzył ogromną skórzaną saszetkę, z którą się nie rozstawał ani przez moment, i wyjął z niej kilka kolorowych zdjęć. Rozłożył je na stole.
• Pan zna na pewno te strony – powiedział. Nie wiem na jakiej podstawie wysnuł taki wniosek. Przecież mogliśmy również przyjechać z drugiego końca Polski.
• Owszem. Trochę znam te okolice – odpowiedział mój ojciec.
• Proszę mi więc powiedzieć, czy nie widział pan gdzieś w tym terenie takiej budowli? – mówiąc to wskazał na jedno ze zdjęć.
Ojciec mój wziął zdjęcie do rąk, i oglądał je, zbliżając i oddalając od oczu.
• To jakiś zamek, albo pałac – powiedział ze zdziwieniem i niedowierzaniem.
• Nie, nie. To nie żaden zamek – wyjaśnił szpakowaty. To letni dom mojego przyjaciela. Właśnie dzisiaj robi jego otwarcie.
Wziąłem zdjęcie do rąk. Zdębiałem.
• Zupełnie jak z bajki! – wykrzyknąłem z zachwytem.
Prawdziwy pałac, z wieżyczkami po bokach stał w lesie, na jakimś wzgórzu. Otoczony murem. Z dołu prowadziły do niego schody. Z nich właśnie ktoś zrobił to zdjęcie. Otworzyłem usta ze zdumienia, oglądając inne zdjęcia tej budowli. Mój ojciec miał obojętną minę. Musiał być niezłym aktorem.
• Przyjaciel zaprosił mnie do siebie, aby pokazać, jak piękne strony wybrał na letni odpoczynek. Zamierza namówić mnie do wybudowania podobnego domku.
Zatkało mnie. To ma być letni domek? – pomyślałem, nie wiem czy ze złością, czy z zazdrością. Więc czym jest nasze czterdzieści metrów kwadratowych mieszkania. Razem z balkonem, na którym trudno się nawet obrócić.
• Niestety, nie znam takiej budowli na tym terenie. Nie widziałem jej. Chyba, że ma pan adres.
• W tym cały kłopot. Otóż mój przyjaciel ma wielkie poczucie humoru. Zamiast adresu przysłał mi mapę z zaznaczonym na niej punktem. „Mój dom trzeba zdobyć, a nie wjechać do niego jak do garażu” – powiedział. - Kazał mi się potrudzić, mówiąc przez telefon, że nie pożałuję tego.
• Ciekawy sposób zapraszania gości – stwierdził mój ojciec.
• To jeszcze nie koniec jego żartów. Musiałem przecież wziąć ze sobą jakiś prezent. Zwyczajowo. Na moje pytanie czego brakuje w tym domku odpowiedział, że czegoś delikatnego, cennego i pięknego, a jednocześnie kruchego i nietrwałego. I wie pan co zrobiłem, aby sprawić niespodziankę przyjacielowi?
• Nie wiem – odpowiedział zgodnie z prawdą mój ojciec.
• Kupiłem porcelanową chińską wazę. A oprócz niej wziąłem młodą dziewczynę. Zauważył pan jaka jest piękna i delikatna. Jeden z tych prezentów na pewno mu się spodoba. A może oba.
• To niesamowite – wyrwało mi się.
Mój ojciec słuchał z obojętną miną. Ciekaw byłem o czym myślał w tym momencie.
• To cudowne – zaprzeczył szpakowaty mężczyzna. - Życie bez niespodzianek i dreszczyku emocji jest strasznie nudne.
Jego żywy prezent zbliżył się do stołu i zaszczebiotał: Jestem głodna i jest mi duszno. Mężczyzna wręczył jej jabłko, otrzymane od mojego ojca.
- Idź do auta i włącz sobie klimatyzację! – rozkazał.
Blondynka wbiła drobne ząbki w jabłko. Jęknęła.
• Ojej, jakie twarde! Odrzuciła jabłko daleko w trawę, po czym oddaliła się w stronę srebrnego auta. Mężczyzna podążył za nią.
W tym czasie drugi mężczyzna przywoływał swoich bliźniaków na posiłek.
• Konrad! Michał!... Michał! Konrad! I tak w kółko. A Konrad i Michał nie zwracali najmniejszej uwagi na piskliwy głos swojego ojca. Tak jakby wcale go nie słyszeli. Zdenerwowałem się na nich. Za nieposłuszeństwo. Gdybym tylko był ich bratem – pomyślałem – to szybko podeszliby do stołu, na którym leżały przygotowane kanapki.
Do wysokiego głosu męża włączyła się pani Miecia.
• Jak nie przyjdziecie natychmiast, to nici z oglądania filmu dzisiaj wieczorem! – krzyknęła ze złością.
Widocznie kiedyś dotrzymała obietnicy, bo chłopcy natychmiast zjawili się przy stole.
• Umyjcie ręce w strumyku! – rozkazała.
Chłopcy podeszli do strumienia. Pochylili się. I w tym momencie jeden pchnął drugiego do wody, chichocząc i uciekając natychmiast. Ociekający wodą człapał w stronę stołu głośno płacząc.
Miałem nadzieję, że coś ciekawego będzie się działo teraz przy ich stole, ale gdzież tam. Jedzenie uspokoiło, albo raczej zatkało hałaśliwą rodzinkę. Znów zrobiło się cicho. Słychać było nawet śpiew ptaków, gdyż siedząca w samochodzie piękność zamknęła drzwi.
• Proszę pana, proszę pana! – zwróciła się w pewnym momencie puszysta mama bliźniaków do mojego ojca. Była wyraźnie przestraszona. - Konradowi coś się stało w nogę! Na pewno coś poważnego!
Mój ojciec nie spiesząc się, podszedł do zastawionego kanapkami stołu. Ja, naturalnie, też zbliżyłem się do tego miejsca. Wiecie przecież, co to jest ciekawość. Puszysta pani pokazywała zmienioną kostkę w nodze syna. Widziałem już stłuczone kolana, posiniaczone nogi, ale ta kostka była tak sina, jak tylko może być dojrzała śliwka. Widziałem, że nie ma z tym żartów.
Tata pooglądał nogę ze wszystkich stron. Bardzo dokładnie. Pomacał ją najpierw delikatnie, a później bardzo mocno, aż chłopak się skrzywił. I roześmiał się szczerze ubawiony.
• Przecież to tylko farba – powiedział. - Zwykła farba. Na pewno z mokrych skarpet, które zafarbowały. Teraz to wszystko farbuje.
• To niemożliwe, proszę pana! Po prostu niemożliwe! – powiedziała z pewnością siebie tęga pani. - Prawda mężu?
Uśmiech na ustach mojego taty zgasł.
• Pokaż drugą stopę – poprosił Konrada.
Chłopiec zdjął sportowy but z lewej nogi. Mój ojciec ściągnął mu skarpetkę. Ta stopa była tak samo sina jak prawa.
• Więc? – spytał mój ojciec.
• Coś podobnego?! - Do rozmowy włączył się grubasek, czerwony z oburzenia. - Takie drogie skarpetki i farbują? Takie drogie...
Widocznie nie mógł tego zrozumieć.
Ja też nie rozumiałem z jakiego powodu to oburzenie. Skarpetki, jak skarpetki. Zawsze farbują.
• Ale nas naciągnęli! – zasyczała ze złości kobieta. - Właśnie nas. Pewno moje też farbują. Ale to twoja wina! – krzyknęła na męża, nie zwracając wcale uwagi na to, że słuchają obcy ludzi. Widocznie była do tego przyzwyczajona.
Jej mąż uciszał ją, widząc nasze zażenowanie. - Cicho, cicho. Przecież to nasza wina. Wszyscy tak robią. Na tym polega interes.
• Wiem o tym – już spokojniej powiedziała jego żona. - Ale żeby nas... z tej samej branży, tak naciągnąć. Tyle pieniędzy...tyle pieniędzy. Jaki to wstyd, że jesteśmy tacy naiwni.
Dla mnie cała ta scena nie miała żadnego sensu. Żeby robić awanturę o głupie skarpetki. Przyglądnąłem się dokładniej ich ubiorom. Były pierwszej klasy, a może jeszcze wyższej. Więc o co tutaj chodziło? – zastanawiałem się.
• Bo wie pan – kobieta zwróciła się do mojego ojca z wyjaśnieniem, jakby domyślając się moich wątpliwości – my też mamy hurtownię z odzieżą. Ale nasz towar jest zawsze najlepszy. Dlatego drogi. Trafiają się czasem buble. Ale nie z naszej winy. Wtedy obniżamy cenę.
• Doskonale państwa rozumiem – odpowiedział jak zawsze bardzo grzecznie mój ojciec. - Ja często kupuję przecenione rzeczy. Są również dobre. Ale że jest odwrotnie – tego nie wiedziałem.
Zaczerwieniłem się po same uszy, słysząc te słowa. Wstydziłem się za mojego tatę. Jak mógł przyznać się do tego, że kupuje tanie, przecenione rzeczy. Wiedziałem, że tak jest istotnie. Ale mógł przecież powiedzieć coś innego. Ukryć się za jakimś kłamstwem. I zostać nierozpoznany. Czy musiał w każdej sytuacji być uczciwy. Nawet wtedy, gdy nikomu by nie zaszkodził, zachowując się inaczej. Chyba nie przypuszczał, co ja w tej chwili czułem. Już chciałem się włączyć do rozmowy i powiedzieć, że to nieprawda, że jest inaczej. Byłem pewny, że jest inaczej. Przysłuchując się nieraz rozmowom dorosłych zauważyłem, że najczęściej ludzie kłamią w odwrotną stronę mówiąc, że nie stać ich na coś tam, podczas gdy w rzeczywistości stać ich na dużo więcej. Ci biedni bogacze szukali chyba współczucia u prawdziwie biednych ludzi. Tylko w jakim celu to robili? Tego nie mogłem zrozumieć.
Mając dość towarzystwa przy kanapkowym stole, poszedłem do swojego roweru. Wyjąłem czystą szmatkę, którą wziąłem z domu, i zacząłem go czyścić , chociaż i bez tego lśnił czystością. Jak na złość bliźniacy z pełnymi ustami zbliżyli się do mnie. Znałem już ich imiona, ale nie rozpoznałbym ich za żadne skarby.
• My też mamy takie rowerki – powiedział jeden z nich. Na chwilę przestał ruszać buzią.
To lekceważenie mojego „górala”, przez traktowanie go jako rowerka rozzłościło mnie.
• I jeździcie po chodnikach tak? – powiedziałem ze złością.
• Ee... gdzie tam – dodał drugi z bliźniaków. - Co roku jeździmy w Alpy. Tam są dopiero trasy.
Smarkacze chwalipięty, albo kłamcy – pomyślałem nie bez goryczy.
• Ten „góral” – wycedziłem każde słowo powoli, żeby dokładnie zapamiętali – zaliczył już Alpy, Apeniny i Andy. Kłamałem jak z nut.
Chłopcy otworzyli usta ze zdziwienia. W ich oczach ujrzałem podziw. Tego mi właśnie brakowało.
• Piotrek! – usłyszałem głos ojca.
- Czy możesz podejść tutaj.
Zostawiłem bliźniaków z otwartymi ustami, i podszedłem do kanapkowego stołu. Ale zamiast nich, leżała tam rozłożona mapa. Stara, pożółkła i poprzecierana w wielu miejscach mapa. Chyba sprzed kilkudziesięciu lat.
• To mapa tych państwa – wyjaśnił mój ojciec.
Jego wskazujący palec pokazywał to miejsce, w którym znajdowaliśmy się. Albo, w którym teoretycznie powinniśmy się znajdować. Śledziłem jego palec. Kręta droga przecinała wzgórza, wijąc się jak wąż u ich podnóży. Jednak czegoś na niej brakowało. Nie od razu zauważyłem czego.
• Coś jest nie tak, w tym miejscu – powiedział mój ojciec rozglądając się dokoła.
• To stara, niedokładna mapa – skwitowałem przekornie.
• To stara, bardzo dokładna mapa – powiedział dobitnie mój ojciec, mówiąc w ten sposób, że wcale nie znam się na mapach. - Nie wiem dlaczego, ale nie zaznaczono na niej żadnego strumienia. Ani przy drodze, ani w lesie – wyjaśnił.
Guzik mnie obchodziło, co znajduje się na starej mapie. Wróciłem na swoją ławkę, i scyzorykiem zacząłem wycinać esy-floresy na patyku znalezionym pod nogami. Słońce świeciło w dalszym ciągu niemiłosiernie, lecz jakieś zamglone. Upał był nieznośny. Tak okropny, że nawet ptaki pochowały się gdzieś w gałęziach drzew. Nie wiem co się stało memu ojcu, że nagle zrobił się taki towarzyski. Kątem oka obserwowałem go, jak zawzięcie wpatruje się w mapę i dyskutuje żywo z jej właścicielem. Bliźniacy znaleźli inną zabawę, grzebiąc patykiem w mrowisku. Szpakowaty pan siedział w samochodzie z blond pięknością. Zazdrościłem im. Było tam na pewno chłodniej niż na ławce. Obserwowałem ślepą drogę i śmiać mi się chciało z tych samochodów, czekających nie wiadomo na co. Stały posłusznie, ciche i milczące. Cierpliwe tak, jak tylko może być cierpliwe żelazo.
Zachmurzyło się nagle. Może chmury zbierały się już od jakiegoś czasu, a tylko ja nie widziałem tego, zamknięty za wzgórzami i lasami. Zrobiło się tak ciemno, aż podniosłem głowę, stwierdzając, że słońce właśnie chowa się za chmury. Ale nie za zwykle chmury, tylko za gęste czarne chmury, których jeszcze nigdy nie widziałem. Widocznie za krótko żyłem. Ale to nie wszystko. Deszcz zaczął padać też nagle, bez zapowiedzi, jaką zazwyczaj daje drobnymi kropelkami. Głowy znajdujących się na polanie ludzi, z niedowierzaniem podniosły się również do góry. Po chwili zrobił się ruch. Właściciele audi pospiesznie pakowali do koszy to, co leżało jeszcze na stole, wołając do bliźniaków aby schowali się do samochodu. Sami pospiesznie ukryli się w jego wnętrzu.
Ja i mój ojciec przykryliśmy się pelerynami, które on zapakował do sakwy przed wyprawą. Byłem pełen podziwu za tę jego zapobiegliwość, chociaż zastanawiałem się, dlaczego mniej ufa naturze niż ludziom, chociaż ta pierwsza jest mniej złośliwa i fałszywa. Widocznie znał ją lepiej niż przypuszczałem.
• Jak przestanie padać to wracamy – powiedział, kuląc się pod peleryną, gdyż deszcz stawał się coraz gęstszy.
Nasze rowery mokły na deszczu, niczym nie osłonięte. Z zazdrością patrzyłem na siedzących w samochodach ludzi. Zaparowane szyby w mercedesie nie pozwoliły dostrzec szczegółów, ale zdążyłem zauważyć, jak blond piękność tuli się do swojego pieseczka. W drugim samochodzie bliźniacy co chwilę otwierali okna, przez które deszcz padał do środka, i skarceni zamykali je, ale nie na długo. Wszyscy czekali, aż znów wyjrzy słońce. Nagłe uderzenie pioruna rozległo się tak blisko, i było tak przerażająco głośne, że na moment straciłem słuch. Przestraszyłem się. W białym samochodzie zaczął wyć alarm. W jednej chwili zrobiło się strasznie. Spojrzałem na ojca. Siedział z obojętną miną, cierpliwie czekając, aż deszcz przestanie padać lub zelżeje. Minęło jednak sporo czasu, a deszcz nie przestał padać, ani nie zelżał. Wręcz odwrotnie, wzmógł się jeszcze. Teraz już nie krople, ale strumienie lały się z nieba.
• Chyba będziemy musieli wracać – powiedział obserwując niebo spod kaptura.
Widocznie na ten sam pomysł wpadli kierowcy aut stojących na drodze, bo jednocześnie uruchomili silniki. Pomyślałem wtedy, że ja z ojcem mogę w każdej chwili opuścić to miejsce, prowadząc rowery lub jadąc na nich. Problem kierowców polegał jednak na tym, że nie mogli wyjechać, gdyż byli zablokowani stojącym w poprzek drogi białym samochodem. Dostrzegłem to pierwszy, słuchając wycia alarmu, który włączał się w białym samochodzie przy każdym uderzeniu pioruna, i zawodził aż do zmęczenia. Młodą parę od tego auta, deszcz musiał zaskoczyć gdzieś w lesie. Widocznie postanowili przeczekać go. Kierowca mercedesa, który być może stwierdził to, o czym ja już wiedziałem, wysiadł z samochodu, aby zobaczyć, co się dzieje za nim. W tym samym momencie został oblany strugami ulewnego deszczu. W pośpiechu schował się do środka.
Bardziej przezorny kierowca drugiego samochodu wysiadając, przykrył głowę bluzą od dresu, co nie na wiele się zdało, i podreptał do białego samochodu. Próbował go pchnąć do tyłu, ale bez rezultatu. Zaczął nim ze złością kołysać na boki, lecz jedyny efekt jaki uzyskał, to ponowne włączenie alarmu. Zaklął siarczyście i wrócił na swoje miejsce.
Śmiać mi się chciało, gdy obserwowałem zmagania grubaska z blokującym drogę samochodem. Podczas gdy ja, i mój ojciec nie byliśmy od niczego ani od nikogo uzależnieni – pomyślałem z nie ukrywaną satysfakcją – to ci ludzie, siedzący w swoich blaszanych schronach, musieli czekać na młodego chłopaka i jego dziewczynę, aby uwolnili ich z tego miejsca, bo góra na pewno się nie otworzy.
I to był błąd, że mój ojciec w tym momencie nie zdecydował się na opuszczenie polany. A może zrobił tak celowo widząc co się dzieje. A zaczęły się dziać rzeczy straszne. Płynący dotychczas nieśmiało strumyk zaczął się nagle wypełniać wodą. Poziom wody rósł tak szybko, i zmieniał swoje dotychczas łagodne oblicze na straszną rzeczywistość, że zamiast się bać, patrzyłem jak urzeczony. Tak rodzi się żywioł – zdążyłem pomyśleć. W tej chwili bowiem, poczułem, jak woda wylewająca się ze strumienia, chwyta w swój mokry uścisk moje nogi. Wszedłem na drewniany stół. Woda płynęła już drogą, spiętrzając się przy wąskim ujściu. Zauważyłem, że polana jest wklęsła, jak miska przez co zatrzymuje wodę.
Mój ojciec pokazywał na wzgórze tarasujące drogę. Nie mogłem dokładnie przyjrzeć się jego twarzy, gdyż strugi deszczu zamazywały wszystko ale usłyszałem jak mówił do siebie zafascynowany: - Teraz rozumiem wszystko, wszystko.
Nie zdążyłem go spytać, o czym mówi, gdyż usłyszałem jak przez uchylone w samochodzie okno ktoś woła o pomoc. To kierowca audi rozpaczliwie krzyczał, pokazując ręką przed siebie. Spojrzałem na wzgórze tarasujące drogę. Z jego zboczy spływało tysiące małych strumieni łącząc się u podnóża i tworząc powiększające się coraz bardziej jezioro.
• Ludzie! – krzyknął mój ojciec. - Wysiadajcie!
Jego głos utonął jednak w wodzie. Wtedy, ku mojemu przerażeniu zaczął iść, a właściwie wolno posuwać się, brodząc w wodzie i kierując w stronę drogi. Szukał wzrokiem drewnianej kładki nad strumieniem. Niestety była przykryta wodą. Znalazł ją w jakiś sposób i przeszedł rów zbliżając się do granatowego samochodu, którego koła do połowy zanurzone były w wodzie. Widziałem jak otwiera drzwi samochodu, i jak krzyczy do siedzących wewnątrz ludzi, aby natychmiast wyszli na zewnątrz. Jednak ze środka nikt nie wychodził. Może bali się deszczu. Albo byli pewni swojego schronienia. To dlaczego wołali pomocy? – zastanawiałem się.
• Muszę odjechać stąd! – usłyszałem piskliwy głos grubaska. - Auto nie jest ubezpieczone! Muszę nim odjechać.
W tym czasie poziom wody podniósł się znacznie. Zobaczyłem jak mój ojciec otwiera tylne drzwi samochodu, i ze środka wyciąga chłopców biorąc ich na ręce. Ze zdumienia przecierałem oczy widząc jak z dwoma naraz kieruje się w moją stronę. Musiał być bardzo silny. Chciałem mu pomóc. Zszedłem w tym celu ze stołu, wpadając od razu po pas w wodę. Ojciec dostrzegł moje zamiary.
• Zostań tam! – krzyknął w moją stronę takim tonem, że posłusznie wdrapałem się z powrotem na stół.
Gdy dotarł do mnie z chłopcami, postawił ich obok mnie. Byli kompletnie przemoczeni. Nawet nie płakali, tak byli przerażeni. Obejrzałem się do tyłu. Woda otaczała nas ze wszystkich stron. Drogę do lasu, położonego wyżej mieliśmy odciętą. W tym czasie rodzice chłopców, brodząc po pas w wodzie dotarli do nie zalanego jeszcze drewnianego stołu, znajdującego się obok nas, i wspięli się na tę niepewną platformę. To było jedyne miejsce, które chroniło przed wściekłym atakiem wody, płynącej z tarasującego drogę wzgórza.
• To miejsce jest pułapką – usłyszałem głos ojca, który obserwował niespodziewany atak żywiołu.
• Przecież mogliśmy stąd uciec – powiedziałem.
• Nie przewidziałem tego. Nie wiem dlaczego? Ale nie przewidziałem. Domyślałem się tylko.
Pasażerowie mercedesa siedzieli w dalszym ciągu w jego wnętrzu. Czekali aż deszcz przestanie padać. Niepoprawni optymiści.
A wody na drodze przybywało.
Nigdy nie przypuszczałem, że tak dużo wody może zebrać się w tak krótkim czasie. I to w jednym miejscu.
Pierwszy popłynął samochód biały, w którym nawet alarm przestał zawodzić. Podniósł się i jak mały dziecinny stateczek popłynął w stronę wąskiego przesmyku, tarasując go dokładnie. Już po chwili zaczęły się na nim zatrzymywać gałęzie płynące po wodzie. Zrobiła się naturalna zapora, która przyspieszyła wypełnianie wodą polany. Granatowy samochód obrócił się w pewnym momencie o sto osiemdziesiąt stopni, i popłynął w stronę białego auta. Zatrzymał się na nim, wzmacniając zaporę.
Stojący po kostki w wodzie właściciele, z przerażeniem obserwowali zmagania swojego auta z żywiołem. Pani Miecia i jej mąż płakali, chociaż nie było tego widać, gdyż strugi wody płynęły po nich cały czas.
Zaaferowany widokiem płynących w wodzie samochodów nie zauważyłem jak nasze rowery również znikają w wodzie. Dostrzegłem je dopiero wtedy, gdy silny strumień uniósł je, i przewracając zabrał gdzieś w dół.
Żywiołowi najdłużej opierał się srebrny samochód. Może dlatego, że miał najlepszą pozycję, stojąc najwyżej, a być może dlatego, że był największy i najcięższy. Ale w pewnym momencie i on drgnął, uderzony nacierającą masą wody. Teraz pasażerowie znaleźli się w pułapce. Gdy samochód przechylił się gwałtownie, usłyszeliśmy przeraźliwy pisk dziewczyny i krzyk mężczyzny. Nic nie mogliśmy zrobić. Mogliśmy jedynie obserwować, jak samochód przewraca się, pokazując swoje podwozie. Jakimś cudem wrócił jednak do swojej poprzedniej pozycji. Zauważyliśmy, że ma wybitą przednią szybę.
• Wyjdźcie na dach! – krzyknął mój ojciec. Nigdy nie podejrzewałem go o tak silny głos.
Nie wiem czy usłyszeli go, ale ze środka, przez puste miejsce po przedniej szybie, zaczął wychodzić mężczyzna ciągnąc za sobą półprzytomną dziewczynę. Trwało to bardzo długo. W tym czasie samochód majestatycznie zaczął płynąć w stronę zanurzonych do połowy drzew. Zatrzymał się na ich pniach. I to ich na pewno uratowało. Szpakowaty i blondynka leżeli na dachu samochodu przyczepieni do niego jak dwie mokre pijawki.
A deszcz padał w dalszym ciągu. Staliśmy na drewnianych stołach, na szczęście oddaleni od głównego nurtu, i z przerażeniem patrzyliśmy, jak woda sięga nam prawie do kolan i jeszcze się podnosi.
Mój ojciec obserwował niebo, zastanawiając się na pewno ile wody jeszcze na nas ześle. Ja modliłem się w duchu, prosząc Boga o litość.
Nie wiem czy to moja prośba została wysłuchana, ale deszcz zelżał. Po jakimś czasie tylko mały kapuśniaczek przypominał skąd przyszła woda. Po chwili i on zanikł. I stało się to, czego wszyscy oczekiwali na samym początku ulewy – wyszło słońce. Woda jednak nadal płynęła drogą, szumiąc groźnie, aż do momentu, gdy wyczerpały się jej zapasy ukryte na wzgórzu. Wtedy zaczęła opadać. Tak jak szybko przybierała, tak szybko zaczęła opadać. Staliśmy na stołach mimo, że woda odsłoniła już ławy. Staliśmy nawet wtedy, gdy na drodze pokazał się czarny asfalt. Trudno było uwierzyć, że przed chwilą, w tym cichym zakątku szalał żywioł. Woda znikła zostawiając pobojowisko. Dwa samochody splecione ze sobą leżały przewrócone, oparte o pień drzewa. Mercedes z wybitą szybą, i pogiętymi blachami wisiał zawieszony na gałęziach. Nasze rowery leżące w przydrożnym rowie, pogięte i brudne wyglądały tak, jakby spadły z samochodu wiozącego złom. Wszyscy patrzyli ze zgrozą na to, co się stało. Wyciągnąłem swojego „górala” z rowu i wyczyściłem z patyków i mułu. Lakier w wielu miejscach był zdarty. Zbierało mi się na płacz. Wtedy mój ojciec wyciągnął swój rower z tego samego miejsca, i roześmiał się.
• Teraz będę musiał kupić nowy... dla ciebie – powiedział.
Nie mogłem zrozumieć jego radości.
Dopiero gdy zaczęliśmy schodzić drogą prowadząc nasze rowery, a właściwie niosąc je, jakby były ranne, zrozumiałem, że ojciec mój celowo wybrał tę drogę, mimo, że znał jej kres. Na pewno chciał mi w tym cichym, odludnym zakątku, wyjaśnić skomplikowane drogi swojego życia. Nie przewidział jednak, że stanie się ona pułapką. Naszą i przypadkowo spotkanych ludzi.
Zostawialiśmy właścicieli aut i ich pasażerów, obiecując przysłać pomoc. Czyżbyśmy przyjechali tu na próżno? - pomyślałem z goryczą.
• Tato? – spytałem.
• ...?
• Tato?.. Czy teraz odejdziesz od nas? – wydukałem, czerwieniąc się jak uczeń przy tablicy.
• Już nie – odpowiedział. - Teraz już nie odejdę. Musimy przecież rozwiązać zagadkę tej ślepej drogi.