Dywagacje samorządowe
Za niecały miesiąc odbędą się kolejne wybory samorządowe, warto więc wcześniej zastanowić się, co oznacza słowo samorząd i dlaczego warto, bądź nie, pójść do wyborów.
W sensie historycznym samorządy były formą organizacji życia plemiennego, kiedy to w zgromadzeniach udział brali wszyscy wolni mieszkańcy danych terenów, a co niestety, zanikło, gdy wykształciła się władza centralna
w postaci instytucji księcia, króla, czy cesarza.
Przypomnieć należy, że władza ta wynikała po prostu z podboju jednej grupy ludności przez inną organizację, stojącą przeważnie na wyższym poziomie, co oznacza, że państwa powstawały w wyniku woli silniejszego a nie żadnego konsensusu społecznego jak nam wmawiają filuty - pięknoduchy na usługach władzy.
Później, gdy doszło do centralizacji władzy, samorządy były próbą wyrwania sobie pewnej dozy wolności od państwa, co wymagało siły i pieniędzy. Nie dziwi więc, że pierwszymi samorządami były zrzeszenia zawodowe, cechy, gildie kupieckie, a w większym wymiarze – miasta hanzeatyckie.
Wiązało się to z pojawieniem immunitetów, tzn. wyłączenia pewnych grup społecznych z niszczących obciążeń podatkowych.
Istniały też samorządy miejskie, ale to historia stałej walki z władzą centralną. Wyjątkiem jest Szwajcaria, która po uzyskaniu niepodległości zachowała system demokracji bezpośredniej w kantonach, bez uciekania się do centralnych form rządów, takich jakie istniały i istnieją w innych okolicznych państwach.
Pod tym względem mniej centralistyczny układ panował w Austrii a zwłaszcza podzielonych na kilkaset organizacji terytorialnych Niemczech.
To oczywiście, uproszczony zarys systemu funkcjonującego do dziś. Istotną zmianą jest unifikujące prawo unijne, które likwiduje różnice pomiędzy jakimikolwiek samorządami, zwłaszcza po 1 grudnia ub. r., czyli po wejściu w życie Traktatu Lizbońskiego. Mimo to nic nie słychać o żadnych zmianach w systemie samorządu terytorialnego.
W nadchodzących wyborach, tak jak w poprzednich, nadal będziemy wybierać radnych do rad gmin, powiatów, sejmiku wojewódzkiego oraz wójtów, burmistrzów i prezydentów miast.
O ile w przypadku tych ostatnich, stanowiących władzę wykonawczą, jest to sensowne, o tyle wybory radnych, zwłaszcza wyższych szczebli, mogą budzić wątpliwości, bo skoro ogólne ramy wyznacza prawo unijne, to możliwość poruszania się wewnątrz nich może bez problemu określić władza wykonawcza.
W każdym bądź razie można by realnie pomyśleć o zmniejszeniu ilości radnych np. wg parytetu: jeden radny na dzielnicę (osiedle) jako jednomandatowe okręgi wyborcze, wyłoniony w wyborach większościowych.
W takim przypadku radny reprezentowałby bezpośrednio interes swoich wyborców, a nie interesy klik, koterii czy innych grup interesów i politycznych.
W takim układzie nie bardzo mają sens rady powiatów i województw i co najmniej jedne z nich powinny zostać zlikwidowane wraz z całym szczeblem pośrednim, ponieważ nie możemy zapominać o posłach i senatorach, którzy powinni nas reprezentować na szczeblu centralnym.
Co więcej, tylko oni mogą stanowić prawo finansowe, czyli określać wysokość i cel podatków.
Mimo to, a może zwłaszcza dlatego, należy dokładnie określić własny interes i zastanowić się kto przy obecnie obowiązującej ordynacji proporcjonalnej, jest dla niego najlepszy.
Przypomnę, że w latach 90. wiele mówiono i pisano o Stefanie Oleszczuku, burmistrzu Kamienia Pomorskiego, który przeprowadził tam największe reformy w dziejach powojennego samorządu w Polsce, a co oznacza, że nawet w niesprzyjających warunkach coś można zrobić, a co zależy od osobistych przymiotów ludzkich.