Parki, fontanny i gondole czyli ... kłodzki "produkt turystyczny"
Chociaż to truizm, wypada przypomnieć, że Ziemia Kłodzka może rozwijać się głównie dzięki różnym formom turystyki. Teraz nawet bardziej niż przed II wojną światową, kiedy to nie istniało jeszcze pojęcie tzw. produktu turystycznego, ale stały za to w górach licznie odwiedzane schroniska i wieże widokowe, a specjalne pociągi wiozły w weekend do Hrabstwa Kłodzkiego turystów z Wrocławia i tych zabieranych po drodze. Mogli się oni przesiąść (nie czekając!) na lokalny kurs np. do Gorzanowa, gdzie w tamtejszej rezydencji von Herbersteinów dawano sławne widowiska pasyjne w reżyserii samego von Holtei'a, poety i aktora. Dziś gorzanowski pałac jest w ruinie postępującej, a kłodzki produkt turystyczny /co za fatalna zbitka słów, ale mniej więcej wiadomo o co chodzi/ da się z grubsza podzielić na:
a. potencjalny - albo zaniechany, albo nawet zupełnie niedostrzeżony
b. zdecydowanie chybiony, czyli nie ten co trzeba, a nawet śmieszny
Teraz o pierwszym „produkcje” w kilku odsłonach:
Mamy na Ziemi Kłodzkiej najpiękniejszą górską trasę kolejową w Polsce. To linia Kłodzko - Kudowa, na której pociągi kursują rzadziej niż okresowo.
A widoki z niej za Dusznikami, a już szczególnie za Kulinem mogą rzucać na kolana. Żeby chociaż jakiś pociąg-retro wypożyczyć z Jaworzyny Śląskiej i puścić tędy w sezonie turystycznym. A tu nic!
Ostatnia wiadomość: zapadła decyzja o przywróceniu ruchu kolejowego na 82. km trasie z Jedliny Zdroju do Wrocławia. Za 46 mln zł i z unijną dotacją 39 mln zł. Nam wystarczyłaby połowa z tego.
Mamy też w naszym pięknym subregionie Nysę Kłodzką, która zanim przedrze się przez Przełom Bardzki, kreśli - poczynając od Młynowa - przepiękne meandry. Raz płynie na północ, to znów na południe. I sam przełom: zdaniem krajoznawców jest, pod względem urody, zaraz po pienińskim. Tylko niektórzy uważają, że może z Przełomem Bardzkim konkurować jedynie Przełom Dunajca w Tylmanowej, a ściślej w przysiółku Kłodne, gdzie z jednej strony napiera na rzekę masyw Dzwonkówki, a z drugiej gorczańskie pasmo Lubania. Tamże, w dość bliskiej wiosce Zabrzeż, jest sztuczny tor kajakowy, jeden z dwóch w Polsce. Wystarczyło zrobić „odboczkę” Dunajca, zwęzić nurt, postawić kilka przeszkód i mamy górską rzekę. A my mamy Nysę Kłodzką traktowaną niczym dopust Boży. Bez małej czy większej retencji i bez chęci, żeby odmulić czyli pogłębić koryto rzeki, a tym samym ułatwić spław wezbranych wód choćby na przewężeniu pomiędzy Górą Forteczną a Owczą Górą. Nie ma też ani tras kajakowych z przystaniami, ani nawet wyznaczonych miejsc do tzw. przenosek. Turyści spływają od nas, dosłownie i w przenośni, pontonami firmy „Raft-Ski” z Barda.
Dwa inne potencjalne „produkty turystyczne” mają pewien związek z tymi chybionymi, więc o nich razem.
W Leningradzie mówią: Moskwa jest pierwsza, ale my nie drudzy. W Kłodzku władza ani chybi ambitnie pomyślała: Wenecja jest pierwsza, ale my... I władza wymyśliła... gondole. Od razu z wysokiego pułapu, więc napowietrzne. Z twierdzy na Owczą Górę. Argument: że będą spod liny ładne widoki. Jakby ładniejsze nie były np. ze wzgórza nad b. poligonem, gdzie stoi w lesie okrągła wieża widokowa z cegły. Sterczy tam jak wyrzut sumienia. Nie postawili jej tam Niemcy przypadkiem. Teraz wystarczy tylko dorobić we wnętrzu drewniane schody, bo stare zgniły. I tyle. Tylko tyle. Aż korci, żeby w tym miejscu zapytać, gdzie są radni odpowiedniej komisji, którzy powinni powiedzieć burmistrzowi, skąd lepiej widać Kłodzko i okolice. I gdzie w pobliżu postawić np. wyciąg narciarski żeby mieszkańcy Kłodzka nie musieli na Czarną Górę, do Zieleńca czy w Góry Sowie. Więc odpowiedzmy sobie: radni są u nas na kartach „Popularnej Encyklopedii Ziemi Kłodzkiej”.
O wiele bliższe realu są gondole mające wdzięcznie płynąć po mętnych wodach Młynówki. Trasa od młyna do młyna, 3 przystanie na jakichś 400-450 metrach, po drodze 4 paskudne, betonowe mosty i most św. Jana, któremu niedawny remont odebrał naturalną barwę starego kamienia. I widoki żadne, bo niby jakie mogą być z poziomu Młynówki?
I wreszcie największa osobliwość Kłodzka - jego parki. Zadałem sobie trud policzenia drzew w Parku Sybiraków. Rośnie ich tam sztuk 19 (sic!), w tym dwa dorodniejsze. Jeśli nawet dodać jeszcze tych kilka, które rosną przy alejce biegnącej do mostu św. Jana, to mieć będziemy najmniejszy parki w Europie Środkowej, jeśli nie na świecie. Dać rzeczy odpowiednią miarę - ot, co.
Ilekroć jestem w Kłodzku, z zapartym tchem śledzę postępy prac przy rewitalizacji parku Strażaków, który parkiem nigdy nie był i nigdy nim nie będzie. To tylko wąski skwer, przez który biegła aleja spacerowa na tereny graniczące z twierdzą od zachodu. To tam jest idealne miejsce na urządzenie parku niewielkim kosztem. Aż się prosi żeby tamże wyciąć trochę drzew i krzewów odsłaniając widok na twierdzę i jej suchą fosę. I zadbać o ścieżkę biegnącą wokół twierdzy, bo to też byłby bardzo atrakcyjny produkt turystyczny. Muszę tu dodać, że bardzo mnie też rozbawiła pewna wypowiedź z wywiadu prasowego, w której padł koronny argument uzasadniający potrzebę „urządzenia” Parku Strażackiego na nowo. Otóż ma to być miejsce, gdzie mieszkaniec Kłodzka i turysta przysiądzie sobie i odpocznie w ciszy i spokoju. Między jedną ruchliwą ulicą a drugą jeszcze ruchliwszą, która dopiero wyżej rozdwoi się na tą do Kudowy i tą do największych marketów, Nowej Rudy i Wałbrzycha.
Wróciliśmy z dalekiej, wschodniej podróży do Europy i oto żyjemy w kraju dobrobytu, a do powszechnej szczęśliwości brak nam tylko parków, Fontann w nich i poza nimi, jak również gondoli wodnych i napowietrznych. Czy Kłodzko jest osamotnione w swych nerwowych przed wyborami przedsięwzięciach inwestycyjnych i - obrazowo mówiąc - przypinaniu kwiatków do łatanego kożucha? Bynajmniej. taka np. Polanica zafundowała sobie „przeoranie” parku Zdrojowego za 20 mln zł, podczas gdy na rewaloryzację parków w innych kłodzkich uzdrowiskach wystarczyło po ok. 3,5 mln zł.
Czy na Ziemi Kłodzkiej, która powinna rozkwitać turystyką, mogą rządzić ludzie pozbawieni spójnej wizji jej rozwoju? Jak widać mogą. Ale czy powinni? Że nie musi tak być dowodzą niesztampowe poczynania gospodarzy Bystrzycy Kłodzkiej, Stronia Śląskiego, Szczytnej czy Radkowa. Więcej takich, a lobby karkonoskie skupione wokół świetnie skądinąd redagowanego tygodnika „Sudety”, przestanie postrzegać Ziemię Kłodzką jako krainę szalejących żywiołów wodnych. I gondolierów znad Nysy Kłodzkiej.
P.S. Nie mam nic przeciwko temu, a wręcz zachęcam inne lokalne tytuły prasowe do przedruków tego tekstu.
Od red. A. Szejner jest b. dziennikarzem i autorem m.in. najnowszych przewodników turystycznych po Ziemi Kłodzkiej