Na poetyckiej krawędzi
Po spotkaniu autorskim z Lilą Kucfir w Powiatowej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Kłodzku łatwo dojść do wniosku, że autorska spostrzegawczość, wrażliwość, docenianie szczegółu w sobie i wokół siebie pozwala na lepszą czytelniczą interpretację tego, czym obdarza nas twórczość poetki i malarki z Goworowa. Piszę tak na podstawie samego wieczoru i po lekturze tomiku „Na krawędzi”. Bohaterka tych wierszy ma wiele wcieleń, ale nie jakichś wielkich, ważnych, wydumanych, ale zwykłych, codziennych, doświadczanych również przez czytelnika, nieodległych od naszych doświadczeń, więc w wierszach też niespecjalnie ukrytych za lirycznym sztafażem. Choć i tego nie brakuje. Zawsze jednak dyskretnie skrywa się w cieniu trafnych skrótów, ripost i puent. Skłania dzięki temu (zmusza raczej) do myślenia, nie do podziwu nad formą wiersza, nad artyzmem ujęcia. Jakie to tematy są wspólne dla poetki i jej czytelników? Przede wszystkim nieuchronność przemijania. Pokazywana w wielu odsłonach. Żeby temat dostrzec, a może nawet zrozumieć, wcześniej trzeba dorosnąć, dojść z wysiłkiem do dojrzałości. A to, jak czytamy w wielu wierszach, ogromnie trudne, bolesne. Dlatego też często spotykany w tych lirykach poetycki pomysł na powrót do własnej przeszłości, która buduje mnie teraźniejszą/teraźniejszego. I trochę łagodzi. A poetycki/życiowy paradoks polega na tym, że to, co we mnie nie da się zapomnieć, wywarło wpływ, zostało w pamięci, ba, nawet w odruchach, nijak nie przystaje do tempa, pędu życia. Do prywatnej współczesności. Utopia tej poezji polega w tym miejscu na tym, że próbuje nas przekonać, że takie zatrzymanie, taki oddech są, mimo wszystko, możliwe. Czytelniku sięgnij po tomik, spotkaj się z poetką na kolejnym wieczorze, może uratujesz w sobie taką piękną, głęboką pamięć samego siebie? Bo w tym momencie trzeba zadać pytanie, czym jest tytułowa krawędź. Czy wiersze to tylko zapis prostych melancholijnych powrotów, tęsknoty do dawnych zachowań i prawd, czy sposób, żeby tytułową niebezpieczną przecież krawędź przejść? A wiadomo, że jest to wędrówka twarda, dorosła, bez sentymentu i słodyczy. Bo nawet poetycki zapis poszukiwania baśniowego księcia na życie kończą się spotkaniem z mężczyzną w drelichowych spodniach i butelką taniego wina. A rechot, który słychać po takich poszukiwaniach amanta to znów balansowanie na krawędzi. I co ciekawe odważne, bo mocno autoironiczne. Cały tom ma swój wyrazisty plan. Układ taki jak tok ludzkiego życia: narodziny, macierzyństwo, rozstanie, śmierć. Niełatwy układ. Trudny, wymagający łez. A tło życia to oczywiście świat. Jak widziany i opisany w „Na krawędzi”? To mieszanka światła i ciemności, cienia i wychodzenia z niego, drobiazgu i wielkiej refleksji. Szczegółu i jego codziennej wyjątkowej ważności. I jeszcze dużo więcej, bo tak to się dzieje, że gorycz, którą w tym czasie gromadzimy zmienia się
w skałę, twierdzi poetka. Ma rację. Są w tym tomie również twórcze oczekiwania. Poetka marzy o „lekkim” piórze, z tęsknotą mówi: gdyby wiersze rodziły się łatwiej, gdyby na trwałe pozostawały w pamięci. Tak więc to bogaty zbiór. Buduje poetyckie piętra codzienności, nasze trudne do przyjęcia ramy, dopowiada, że (metaforyczny) lęk wysokości pojawia się wraz z życiowym doświadczeniem. Krótkie, celnie puentowane, zbliżone do aforyzmu, „wyczyszczone” wiersze. Bo i o takim poetyckim „czyszczeniu” przekonaliśmy się w czasie spotkania w Bibliotece. Poetka przeczytała uczestnikom wieczoru wersję „Napisałam” sprzed i po przeredagowaniu. Trafne, proste, a jednocześnie tęskniące za trafnością i prostotą. To porządna poezja, porządnie też prezentowana, jak się piszący te słowa kolejny raz przekonał.