Adwent w supermarkecie

Autor: 
Henryka Szczepanowska

Tak się jakoś porobiło na tym świecie, że życie rodzinne przenosi się powoli do supermarketów i galerii handlowych. Nawet jeśli w portfelu mało pieniędzy i wiele zaległych rat na koncie w banku, to ludzie znajdują wiele powodów, by spędzić kilka godzin w okolicznym centrum handlowym. Razem z dziećmi, często nawet niemowlętami, mężowie i ich żony, teściowe i kuzynki biegają nerwowo pomiędzy półkami przerzucając stosy ubrań, pudełek, bibelotów. Stoją w długich kolejkach do kasy, prowadząc głośne rozmowy z właśnie spotkanymi sąsiadami albo dawno niewidzianym szwagrem. Kupują rzeczy byle jakie, okazyjne, bezimiennie wyprodukowane, niczyje i bez ducha. Zestresowani, uwiedzeni blichtrem reklamy, robią kolejny debet na karcie bankowej. Dzieci grzebią w skrzyniach z zabawkami, nudzą się, wołają - mamo, no chodźmy już!
Mama raczej nie słyszy i nawet jest całkiem przekonana, że dzieci mają niezłą frajdę z tego latania po sklepach. Tata wściekły, że właśnie kupił kolejny zestaw narzędzi za jedyne 50% ceny i jak poprzednimi dwoma już zestawami znowu nic nie naprawi w domu, bo właśnie kolejne popołudnie i wieczór spędza na zakupach. Ale przecież nie odpuści takiej okazji. Tylko 50% ceny!!! Banany tylko za 2,99 a pomarańcze za 1,99!!! Zmęczeni i obładowani nikomu niepotrzebnymi przedmiotami ale za to kupionymi za połowę ceny pakują się do samochodu na gigantycznie zatłoczonym parkingu lub marketowego autobusu. Na pożegnanie pokazują gest Kozakiewicza kierowcy samochodu, któremu właśnie zajechali drogę i nabuzowani adrenaliną udają się do domu. A w domu na centralnym miejscu stoi wielki telewizor i tak ustawiony stół, by można było zjeść kolację oglądając "M jak miłość" albo inne dzieło kinematografii równie genialne.
Oglądanie dzieła smakuje dokładnie tak, jak kiełbasa po 8,99 przed chwilą przysmażona przez żonę na wykrzywionej patelni za 9,99!!! Bo patelnia za 9,99 jest patelnią tylko do momentu zerwania z niej metki. Po usmażeniu kiełbasy staje się wygiętym pokracznie kapeluszem. Ale to nic. Przecież tanizna zupełna, kupi się nową. Za tydzień znowu pojedziemy z rodziną na łowy. Przecież po to są te wielkie centra handlowe, by wydoić z nas każdą możliwą złotówkę, zobowiązać do kolejnego spłacania długu, ukraść podstępnie wolną wolę.
Ersatz cholera, nie życie! - powiedziałoby się za poetką.
A teraz o prawdziwym życiu.
Zapalamy dużą, adwentową świecę. Na stolnicę wysypujemy 55 dkg mąki tortowej (tak na oko 3 szklanki), 30 dkg miodu (może być pół na pół z miodem sztucznym), 10 dkg cukru pudru (mniej więcej 1 szklanka), 2 łyżki ciemnego kakao, 12 dkg masła prawdziwego, 1 jajko, skórka drobno otarta z połowy pomarańczy i połowy cytryny, 5 dkg przyprawy korzennej do piernika (możemy zmieszać mielony cynamon, goździki mielone, startą gałkę muszkatołową, 2-3 ziarna ziela angielskiego i pieprzu), 2 łyżeczki sody i wanilia. Zagnieść gładkie ciasto z podgrzanym masłem i miodem, obsypać garścią mąki krupczatki. Podsypując mąką wałkujemy na 3 mm placek – jak na pierogi) i wycinamy foremkami małe pierniczki. Układamy na papierze do pieczenia w brytfannie i pieczemy w gorącym piekarniku (180 stopni) przez 7-8 minut. Kiedy wystygną układamy w metalowym, szklanym lub porcelanowym pudełku i staramy się zapomnieć o pierniczkach do wigilii. Jak uda się nie zjeść pierniczków przed świętami, to można je polukrować tuż przed podaniem na świąteczny stół.
Pierniczki pieczemy wspólnie z dziećmi, babcią, sąsiadką a nawet inkasentem za prąd lub gaz. To praca absolutnie zbiorowa, pełna radości i śmiechu. To nic, że ciasto przykleja się do podłogi a mąka rozsypuje po stole. Bałagan po pieczeniu posprząta się później.

Wydania: