Odwiedziłam Kolonię

Autor: 
Henryka Szczepanowska

Kolonia, Cöln; za Rzymian Oppidum Ubiorum, potem CCAA czyli Colonia Claudia Ara Agrippinensium, w średniowieczu: Coellen, Kölle – to ponad milionowe miasto nad Renem, trzecie miasto Niemiec po Berlinie i Hamburgu. W dużej części miasta widać wpływy francuskiego panowania w Kolonii, a układ ulic i domów przypomina paryską dzielnicę jedenastą lub luksusową szesnastą. Miasto zarówno słynące z zabytków, jak i z wielkiego przemysłu i handlu. Zamożne, zadbane, spokojne i wygodne dla przeciętnego mieszkańca. Idąc czy jadąc ulicami Kolonii miałam wrażenie, że cała infrastruktura miasta została pomyślana dla mnie. Wysiadając z metra lub autobusu zawsze miałam kolejne połączenie i to dokładnie tam, gdzie chciałam jechać. - Skąd oni do diabła wiedzą, że właśnie za kilka minut, tyle by spokojnie i bez nerwowego biegania chcę przejść na kolejny przystanek? Otóż wiedzą. Bo wszystko w tym mieście funkcjonuje z iście niemiecką precyzją. Akuratnie. Trudno nam, Polakom, przyzwyczaić się do tej akuratności, bo to zobowiązuje do wzajemności.
Kolonia to wielka atrakcja turystyczna. Każdy kto przyjeżdża do tego miasta musi zobaczyć Kolner Dom czyli gotycką katedrę. To jazda obowiązkowa, jak Katedra Notre-Dame w Paryżu. Podczas drugiej wojny światowej miasto było 262 razy bombardowane przez lotnictwo alianckie. W wyniku bombardowań zginęło 20 tys. osób a centrum miasta zostało zmiecione z powierzchni ziemi. Do najtragiczniejszego w skutkach nalotu doszło 31 maja 1942 r. Nalot trwał 75 minut, w czasie którego zniszczono ok. 300 ha miasta. Widać te zniszczenia do dziś na fasadach domów odbudowywanych po wojnie. W stanie prawie nienaruszonym przetrwała jedynie katedra i jej najbliższe okolice. Dziwne uczucie dotykania historii ma się stojąc na brzegu Renu przed kamieniczką, która jest hotelikiem nieprzerwanie od ponad ośmiuset lat. Piwiarnia przyjmująca gości od 1589 r. Sklep mięsny sprzedający kotlety od 1755 r. Malutki, ocalały z dywanowych nalotów kawałeczek wielkiego miasta. Patrząc na te resztki zabytków klasy zero jakby mniejsza staje się moja niechęć do Niemców i z mniejszym bólem wspominam warszawski Zamek Królewski. Wojna dotknęła nas po obu stronach, choć w jakże różnym stopniu.
Kolonia już od wielu lat stała się miejscem raju obiecanego dla imigrantów.
W tym ponad milionowym mieście aż 18% to imigranci a 32% to przybysze spoza miasta. Mieszka tu 120 tys. muzułmanów. Są dzielnice, gdzie na ulicy trudno o język niemiecki a ilość śmieci, wystrój sklepów i charakter gastronomi bardziej przypomina Ankarę niż nobliwą Kolonię.
Dla przybyszy z Polski nobilitujące jest wynajęcie mieszkania w dobrej dzielnicy. To również świadectwo ich statusu społecznego, wyższych zarobków, wykształcenia, akceptacji przez miejscowych. Karolina i Franek mieszkają w ładnej, spokojnej dzielnicy Zollstock(czyli w dzielnicy celników) od roku. Piękne, przestronne mieszkanie wynajmują od dewelopera za prawie 800 euro. Karolina pracuje w Instytucie Badawczym Akademii Medycznej w Kolonii. Franek zajmuje się wychowaniem małego Stasia. Na przedszkole jeszcze za wcześnie. Robi zakupy, gotuje, chodzi z synkiem na spacery. W pobliskim parku – a jest takich parków w samej dzielnicy Zollstock trzy - spotyka prawie codziennie innego tatę z dwoma córeczkami. Pozdrawiają się z daleka - to nie taki znowu codzienny widok w konserwatywnych Niemczech.
Z bardzo przyzwoitej pensji Karoliny, pracownika naukowego Instytutu żyją wygodnie i bez wyrzeczeń. W Polsce to nie byłoby możliwe. Wszystkie niezbędne usługi znajdują się blisko domu. Pralnia, krawiec, szewc, prasowalnia koszul, bary, sklepiki, delikatesy, restauracje - wszystko to na ich ulicy, wszystko w zasięgu kilku minut spacerkiem. Plac zabaw, malutki ogród kwiatowy, przychodnia lekarska, przedszkole i przystanek komunikacji miejskiej także pod ręką. Wygodnie, spokojnie, porządnie. W podwórku pralnię w sieci Eco – Ekspress, jedną z pięciu, prowadzi sympatyczny i niezwykle pracowity czterdziestolatek Karl. Po kilku latach spędzonych w Anglii wrócił do rodzinnego miasta z nowymi pomysłami na własny biznes. Jego pralnie biorą udział w cyklicznym programie satyrycznym transmitowanym w niemieckiej telewizyjnej jedynce, przynosząc rozgłos i całkiem skuteczną reklamę. W pralni jest czysto, pachnie dobrymi proszkami do prania. W oczekiwaniu na wykonanie usługi można pogadać z sąsiadami.
Na tej samej ulicy mijam witrynę, gdzie w malutkim pomieszczeniu dwie młode kobiety w fartuszkach i białych bluzkach, stoją z żelazkami w ręku nad deskami do prasowania. Na stojakach wiszą uprasowane, zapakowane cieniutką folią męskie koszule. Prasowalnia koszul! Widać, że pomysł na prowadzenie takich usług był jak najbardziej trafiony po ilości uprasowanych i oczekujących na prasowanie koszul. Na tej samej ulicy liczne punkty usługowe, warsztaty, małe knajpki, kawiarenki, piekarnie. Życie toczy się tu równym, nieśpiesznym tempem a struktura miejska stworzona jest dla jego mieszkańców. Widać tu konsekwentnie realizowany plan samorządu miejskiego. Dbałość o szczegóły, które składają się na jakość życia w mieście.

Wydania: