Wspomnienia z okresu deportacji na Syberię w latach 1940-1946 (cz. 2)

Autor: 
Ewa Radkowska z d. Flisek

Po jakimś czasie zdobyliśmy oddzielną izbę z jednym oknem i małą płytą kuchenną. Zaczęła się wegetacja i ciężka praca fizyczna nie przyzwyczajonych często do niej ludzi. Głód, choroby, wyczerpanie, dziesiątkowały ludzi. Nasz malutki braciszek jakoś żył (choć doprawdy nie wiem, jak to się stało, że przetrwał tę podróż), natomiast nasz senior-dziadek, czuł się coraz gorzej. Nie mógł się zaaklimatyzować, był zupełnie załamany. Dokuczały mu różne choroby, nie mógł również znieść tej plagi owadów. Całe ciało miał pokryte ranami, bo drapał się aż do krwi. W niespełna w dwa miesiące od naszego przyjazdu, dziadek zmarł. Był to dla nas wielki cios. Zakończył swe życie nasz kochany, dobry, mądry, tak kiedyś wesoły i dowcipny dziadziuś, profesor języka polskiego – Stanisław Lach. Nie było pogrzebu, nie było trumny. Mały kopczyk w lesie, który już dawno rozwiały wiatry...
Życie w tym osiedlu, zwłaszcza latem, było względnie znośne. Wówczas to nie doskwierał mróz, który w porównaniu z komarami i moszką był o wiele bardziej dokuczliwy i trudny do zniesienia. W lecie były też grzyby i jagody w lesie, ziemniaki, które łatwiej było zdobyć, a które też nierzadko trafiały nieoficjalnie do naszych worków. Jarzyn
i owoców nie było tam wcale. Również i mięsa nie można było zdobyć, natomiast chleba dostawaliśmy dekagramowe przydziały. Z nadejściem zimy warunki życiowe znacznie się pogarszały. Brakowało nam żywności, ciepłej odzieży, opału, a mrozy dochodziły do -50° Celsjusza.
Ludność miejscowa zaopatrywała się w drzewo na opał w lesie. Do tego potrzebny był sprzęt, sanie, koń, no i umiejętności oraz siła i sprawność fizyczna. My tego wszystkiego nie mieliśmy. Ponadto robili to przeważnie mężczyźni.
W naszej rodzinie poza starą babcią, trojgiem dzieci i mamą nie było nikogo, trudno więc było nam zdobyć to drzewo na opał. Ponieważ było zimno, to i głód bardziej nam doskwierał. Potem dostaliśmy od Rosjan jakieś stare kufajki (kurtki watowane) i walonki (buty filcowe), które były tam w zimie niezbędne. Pożyczano nam też sanki, piłę i siekierę. Chodziliśmy więc do lasu z bratem i woziliśmy resztki połamanych gałęzi i pozostałe po wyrębie pieńki, ale nie było to dla nas ani łatwe, ani proste, zwłaszcza, że byliśmy jeszcze dziećmi. Doskwierał nam też okropnie brak mydła, a w związku z tym wszawica. Jedynie gotowany ług z węgla drzewnego, który sami przyrządzaliśmy, służył do prania i do mycia głowy.
W Tukalince przeżyliśmy 2 lata. Był rok 1942, kiedy to zezwolono Polakom opuścić miejsce zamieszkania i można było przenieść się do miasta. Cóż to była za radość! Zaświtała iskierka nadziei, że idzie ku lepszemu, że będziemy wolni, że w mieście będzie większe skupisko Polaków, że razem jakoś będziemy sobie radzić, że przetrwamy. Nadzieja! – ale jaka złudna...
Tak myślę dziś, po latach, że może gdybyśmy zostali w tej wiosce, przeżylibyśmy do końca wojny, a tak niestety stało się inaczej. Ale wówczas nie myśleliśmy o tym. Dano nam nawet sanie, byśmy mogli dotrzeć do miasta. Muszę tu wspomnieć, że jedyną drogą łączącą osiedla i jedyną trasą komunikacyjną, była rzeka. Latem kursowało się łodzią, a zimą saniami. Nadchodziła wiosna, ale rzeka była jeszcze mocno skuta lodem. A więc jedziemy!
Na sanki załadowano nasze „bagaże” (jechały z nami jeszcze dwie rodziny) i usiadły te osoby, które nie mogły iść, tak jak nasza babcia i malutki Jerzyczek, a z tamtych rodzin jeszcze trzy osoby. Pozostali szli za sankami na piechotę. Nie pamiętam, ile dni trwała ta podróż, ale dość długo. Na noc zatrzymywaliśmy się w jakichś nędznych chałupach, lepiankach udostępnianych nam przez ludność osiedli. Jedliśmy swoje zapasy – ziemniaki w łupinach i chleb. I tak oto szczęśliwi, że zrobiliśmy krok ku wolności, dotarliśmy do Tomska
Jak przebiegały formalności z zakwaterowaniem już nie pamiętam. Wiem tylko, że była to obszerna, ciemna, wilgotna i zimna izba. Ogrzać ją było niesposób, zwłaszcza, że nie było czym. Węgla nie było, a drzewa tak, jak w lesie nie można było zdobyć, bo to przecież miasto. Zbliżało się lato i była wciąż jeszcze nadzieja!
Głód wzmagał się z dnia na dzień. Nie było grzybów ani jagód tak, jak tam, gdzie byliśmy, nie było gdzie podkraść ziemniaków, nie było gdzie ich kupić, ani jak na nie zarobić. Babcia wydobyła więc swoją cytrę. O dziwo – przebyła ona z nami tyle kilometrów, w takich warunkach i nawet struny nie popękały! Grywała więc na niej, gdzie się dało, zwłaszcza przy jakichś stołówkach, gdzie było więcej ludzi i wpadało czasem do kieszeni parę kopiejek lub kromka chleba, ale było to sporadyczne i nie sposób było z tego wyżyć. Mama zaczęła chodzić po domach, ale i na to nie można było liczyć. Szukała uporczywie pracy, aż udało jej się zdobyć zajęcie woziwody. Pamiętam, że powoziła wozem, na którym była ogromna beczka. Jeździła nad brzeg rzeki, czerpała wodę wiadrem do beczki i po jej napełnieniu odwoziła do zakładu pracy. Kazik, mój starszy brat, szukał zajęcia na własną rękę. Miał 14 lat i jako chłopak w latach rozwoju, chyba najbardziej odczuwał głód. Ja w końcu znalazłam zajęcie jako opiekunka do dzieci u samotnej kobiety, która pracowała w piekarni. Miałam najlepiej, nie byłam głodna, ale pomóc rodzinie nie bardzo mogłam, bo moja gospodyni nie miała aż tyle chleba, żeby dawać go jeszcze komuś oprócz mnie.
Tak było latem, ale gdy przyszła zima było tragicznie.Mama straciła zajęcie, babcia nie mogła już wstawać, a mały Jerzyczek ginął w oczach.
On też odszedł pierwszy... Pamiętam jego wychudzone ledwo pokryte skórą ciałko i ogromny wzdęty brzuszek, gdy leżał na pryczy martwy. Wkrótce po nim umarła babcia Karolina. Mama jeszcze żyła, ale już ostatkiem sił. Była sama, w tej dużej, pustej zimnej izbie, bez środków do życia i sił na przetrwanie. Nie miała już też synka, którym trzeba się było opiekować i zdobywać dla niego pożywienie ani matki, zniedołężniałej staruszki, której trzeba było pomagać. Mogła odpocząć, mogła zasnąć, mogła odejść.
Wiedziała, że my z bratem jakoś sobie już poradzimy. I tak się stało. Było to zimą 1943 roku. Ich zwłoki, bez trumien, rzucono niedbale na sanie i wywożono za miasto do wspólnej mogiły. Robili to ludzie, specjalnie do tego przeznaczeni Zwłok takich było dużo i były wszędzie, nawet na ulicy. Ludzie padali jak muchy z głodu, wycieńczenia i zimna. Większość z nich, to byli Polacy.
Tak też zakończyła życie, moja kochana, biedna mama, przeżywszy 37 lat, Aleksandra Flisek zd. Lach. Dlaczego musiała odejść, komu zawiniła?! A oni wszyscy? Musieli zginąć, dlatego że byli Polakami i mieszkali we Lwowie. Aż pięć osób z jednej tylko rodziny, a ile było takich rodzin! Z rodziny mojego męża, który również pochodził spod Lwowa, ściśle z Oleska, też wywieziono na Syberię brata jego ojca z rodziną (6 osób) – ślad po nich zginął, a starszy brat męża Tadeusz Radkowski został zamordowany w więzieniu we Lwowie. Takich przypadków można przytaczać bez końca. Ilu znajomych, przyjaciół, podzieliło ten los.
Ale wracam do mojej historii. Po śmierci najbliższych, przeżywałam straszne chwile załamania, zwątpienia, rozpaczy. Pamiętam, jak pocieszał mnie i usiłował dopomóc jakiś ranny żołnierz rosyjski, który na skutek odniesionych ran, wrócił z frontu. Zaprowadził mnie nawet do urzędu miasta i tam domagał się, by się mną zająć. Pamiętam, jak mówił: Patrzcie na to dziecko, jak się męczy! Cała jej rodzina wymarła z głodu, czy i ona ma też podzielić ich los? Jest jeszcze mała niepełnoletnia, nie może pozostawać bez opieki! Ale to na nic się zdało. Było więcej ważniejszych spraw, niż jakieś tam jedno biedne, polskie dziecko. Tam najważniejsze były teraz hasła, zgodnie, z którymi żył cały naród – “Wsio dla armii, wsio dla fronta”.
cdn.

Wydania: