Darczyńcy i dobrodzieje

Autor: 
Jan Pokrywka

No i proszę, każdy kolejny dzień dowodzi, że faszyzm u nas ma się coraz lepiej. Nie chodzi tu o jakieś wybryki na uniwersytetach, bo tam, jak sama nazwa wskazuje, jest miejsce na wszystko, a więc na protesty także, ale o to, co to dokładnie oznacza. Dosłownie z włoskiego oznacza rózgi, czyli po naszemu baty, a te, jak wiadomo, pan wymierza poddanemu jak ten coś przeskrobie lub dla lepszego samopoczucia. Co prawda nasza, ale nie tylko nasza, konstytucja stanowi, że hegemonem u nas jest lud, ale niech no tylko lud weźmie sobie to do serca a już tam baty wskażą mu jego miejsce. Na szczęście lud siedzi cicho i znosi coraz to nowe fanaberie klasy panów i tym różni się od ludów w innych krajach. W takiej np. Turcji lud wyszedł na ulicę z powodu jakiegoś skweru w środku miasta, ale władza zaraz mu pokazała jak wygląda ruski miesiąc.
Nasz lud jest cierpliwy. Właśnie Ministerstwo Finansów wymyśliło klauzulę obejścia prawa podatkowego dając urzędom skarbowym prawo dowolnej interpretacji naszych deklaracji jako próby obejścia prawa i uniknięcia podatków. Według tego zapisu urzędnik mógłby dowolnie oceniać każdą naszą decyzję czy to biznesową, czy osobistą. Weźmy np. ślub dwojga osób i dalsze rozliczanie się wspólne małżonków, co oznaczałoby niższe opodatkowanie. Urzędnik mógłby to ocenić jako próbę uniknięcia płacenia wyższych podatków i już. Co prawda nie unieważniłby samego faktu zawarcia małżeństwa, ale jego skutki już tak.
Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha porównuje to do dania małpie brzytwy, ale nie ma racji. W tym szaleństwie jest metoda dobrania się za wszelką cenę do naszych pieniędzy, nawet za cenę rezygnacji z pozorów praworządności i demokracji. Bo przecież gdyby z tą demokracją było tak naprawdę, to lud na drodze referendum mógłby nie tylko zmniejszyć wysokość opodatkowania, ale znieść je
w ogóle, a tak przecież nie jest.
Unijna iluzja...
Tomasz Cukiernik na łamach „Uważam Rze” podliczył straty wynikające
z naszej akcesji do Unii Europejskiej i wykazał, że per saldo jesteśmy w plecy. Wskazują na to wszystkie dane statystyczne porównywane w latach 1995-2004 do okresu 2004-2013. Spadła wartość handlu zagranicznego ze 130% do 58%. Są jednak i wzrosty. Wzrósł deficyt budżetowy z 256,5 do 547 mld zł, podobnie jak dług publiczny z 422,4 mld zł do 886,8 mld zł, na skutek wzrostu biurokracji niezbędnej do obsługi unijnych dotacji.
W kwestii najbardziej interesującej większość ludzi znacznie zmniejszyło się średnie wynagrodzenie nie tylko realnie ale i w stosunku do PKB z 56% do 13%. Z powodu wzrostu podatków pośrednich, zwłaszcza akcyzy i VAT-u np. w paliwach i papierosach, alkoholu wzrosły ceny tych artykułów.
W 2004 r. średniej klasy paczka papierosów kosztowała 4,60 zł, a dziś ok. 12 zł. Wzrost płac po uwzględnieniu inflacji w latach 2004-2013 wyniósł 18%, ale mała to pociecha, gdyż w tym samym czasie średnia cen towarów i usług wzrosła o 31%.
Również walka „z globalnym ociepleniem” - chyba jednym z największych współczesnych mitów, sprzecznych z powszechnym odczuciem i obserwacjami, zmusza do drogich, a nieefektywnych inwestycji w „odnawialne źródła energii”. W rezultacie poszerzył się margines biedy: już 6,7% społeczeństwa żyje w skrajnej biedzie, a 16-17% w umiarkowanym ubóstwie. Najgorsze jest jednak to, że wbrew zapowiadanemu awansowi cywilizacyjnemu, po likwidacji własnego przemysłu, spadliśmy do poziomu państwa neokolonialnego dostarczającego taniej siły roboczej.
...a rzeczywistość
Bo też, jak zauważa prof. K Rybiński „bogactwa narodu nie buduje się na klęczkach z ręką wyciągniętą po pieniądze. Żebrak nigdy nie stanie się szlachcicem”. Budowanie świadomości, że pieniądze z Unii są szansą dla gospodarki - to iluzja – zaznacza. Największy kryzys przeżywają obecnie te kraje, które kiedyś otrzymały najwięcej, tj. Irlandia, Grecja, Hiszpania, Portugalia, Włochy. Dlaczego zatem Unia jest tak hojna? Bo to się jej opłaca, bo może kontrolować pośrednio lub bezpośrednio kraje obdarowane”, ale co najważniejsze, że każde euro tam zainwestowane zwraca się w wysokości 50-70 eurocentów.
Jednak to nie wszystko. Jak pokazuje ranking innowacyjności sporządzony przez Global Innovation Index wśród 142 państw, Polska pod tym względem znalazła się na 49 miejscu, pomiędzy Bułgarią a Rumunią spadając o 5 pozycji.
W sporządzonych pod-rankingach jest jeszcze gorzej, ale nie czas i miejsce wdawać się w szczegóły. Dość, żeby pokazać skalę problemu. Polska z Programu Innowacyjna Gospodarka dostała 40 mld złotych, z którymi nie wiadomo, co się stało. A właściwie wiadomo. Są dwie możliwości: zła i jeszcze gorsza. Zła to taka, że pieniądze zostały rozkradzione, a gorsza to ta, że zostały zmarnowane.
A może trochą tak a trochę siak.

Bez urzędu ani rusz
Kilka lat temu, w telewizyjnej debacie, ówczesna ministerkini od sportu - Elżbieta Jakubiak na pytanie: po co przedsiębiorcom potrzebni są urzędnicy, odpowiedziała (cytuję z pamięci): Jak to po co? Bez urzędników przedsiębiorcy nie wiedzieliby co mają robić. To urzędnik wydając stosowne pozwolenia o wszystkim decyduje i wytycza właściwe kierunki. Można więc sobie wyobrazić sytuację, gdy taki urzędnik, niczym karbowy na folwarku, przechadza się ulicami miasta co i rusz zaglądając do sklepów, warsztatów i fabryk, bo wiadomo, pańskie oko konia tuczy. W trakcie jednej z nich URZĘDNIK zagląda do jednego z nich i pyta: „A cóżeś to tak smutny, sługo wierny, acz krnąbrny?” „Oj Panie, jak mam się cieszyć, kiedy dach przecieka, zbytu nie ma a podatki stale rosną?” „No no, nie bądź takim malkontentem. Podatki rosną, to dobrze, bo o to chodzi, żeby Polska rosła w siłę a ludziom żyło się dostatniej. Będzie więcej podatków to i więcej urzędników będzie pomagać takim jak ty. Dach sobie załataj a i więcej i taniej sprzedawaj to będzie zysk. Przyjdę tu za tydzień i zobaczę jak moje słowo wcieliłeś w czyn. A teraz, do roboty!” „O dzięki ci dobry Panie, stokrotne dzięki...” „No już, już, nie całuj po rękach, bo się sanepid jakiś przyczepi, no już...”
W majowym numerze „Mojej Bramy” starosta kłodzki Maciej Awiżeń udzielił wywiadu, w którym odpowiada na pytanie: po o są powiaty? Jak to po co? „Żeby załatwić sprawy, którym gminy nie są w stanie sprostać.” I wymienia: szkolnictwo ponadgimnazjalne, szpitale, drogi, urzędy pracy, komunikacji, itd. Wszystko to prawda, tyle, że niecała. Owszem, powiaty tym się zajmują, lecz tylko dlatego, że taki obowiązek na nie nałożyła ustawa samorządowa. Wcześniej, zajmowały się tym urzędy rejonowe i też było dobrze.
Szpitale w podobnej do dzisiejszej formie powstały w krajach islamu, a na grunt chrześcijański przeniosły je klasztory. Powiatów wtedy nie było. Zresztą i dziś w wielu krajach szpitale są a powiatów nie ma. Szkoły powstały jeszcze wcześniej – w starożytnej Grecji, gdzie
o powiatach nie słyszano. Taki np. Platon kupił gaj platanowy w pobliżu Aten i założył tam szkołę zwaną Gajem Akademosa, która wydała wielu wybitnych uczonych. Jeden z nich, Arystoteles, założył własną szkołę w gaju Apollina Likejskiego, zwaną liceum. A więc to nie dzięki powiatom istnieją licea. Prawa jazdy wydawać może jakikolwiek urząd, podobnie jak zajmować się sprawami geodezyjnymi, czy nadzorem budowlanym. Zresztą, większość z tych zadań realizować mogą podmioty prywatne, co też czasami ma miejsce.
Za to z bezrobociem powiaty (i nie tylko) mają ścisły związek. Powiaty, podobnie zresztą jak gminy, żyją głównie z wpływów z PIT-u i CIT-u. Niestety, im więcej urzędów, tym większe podatki i na odwrót. Im większe podatki, tym droższe towary i usługi a i siła nabywcza mniejsza. Mniej się więc produkuje. Skutkiem tego jest wzrost bezrobocia.
A to z kolei woda na młyn powiatowych urzędów pracy, bo bez bezrobotnych nie byłoby PUP-ów. Tak jak bez powiatów, urzędów marszałkowskich, wojewódzkich, centralnych i wszelkich innych nie byłoby świata. Jako dowód wymienić można wszelkie inne układy planetarne, puste i bez życia, bo nie ma tam powiatów, Elżbiety Jakubiak i strach pomyśleć – nawet Macieja Awiżenia. I teraz wiemy jakie szczęście nas kopnęło.

Wydania: