Hłasko idzie do szkoły
O swoich doświadczeniach szkolnych Marek Hłasko napisał całkiem sporo. Chętnie też o tym okresie życia opowiadał znajomym. Naturalnie wiele w tym literackich przekształceń, a pewnie jeszcze więcej świadomego koloryzowania biografii. Ale po kolei. Autor „Pięknych dwudziestoletnich” zaczynał edukację w okupowanej Warszawie w szkole prowadzonej przez siostry zakonne przy Zakładzie Świętego Kazimierza. I już wtedy „odstawał” od innych uczniów; wiekiem (sześć i pół lat), dziecinnym wyglądem, zainteresowaniami. W opowieści o tej pierwszej szkole napotykamy anegdotyczną, zapewne wymyśloną, opowieść o karze, jaką stosowały siostry-nauczycielki; dla podkreślenia, że ktoś jest w szkole osłem ukarany nosił wielkie tekturowe uszy. Hłasko wyznaje, że przez większość czasu spędzonego w tej szkole te uszy nosił właśnie on. Czytał jednak sprawnie i dużo. Znał bestsellery literatury tego czasu, to znaczy „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego i „Dywizjon 303” Arkadego Fiedlera. Andrzej Czyżewski wspomina też zainteresowania i zabawy Marka - sklejanie modeli i przygotowywanie na zdobycznej taśmie celuloidowej filmów, które rysowało się klatka po klatce, a następnie “wyświetlało” przy pomocy zmyślnie skonstruowanego projektora. Scenariusze tych filmów układał późniejszy pisarz. Gehenna popowstaniowa zaprowadziła Marka z mamą do Częstochowy. Tutaj także pojawia się szkoła, ale i zajęcia typowego jedenastolatka. Z harcerstwem włącznie. Choć od razu trzeba dodać, że dochodzą do tego coraz szersze fascynacje czytelnicze, np. pisarskim idolem staje się na pewien czas Janusz Meissner. Marek zaczyna też pisać pamiętnik. Krótki epizod katowicko-chorzowski to właściwie tylko napomknienie o utrzymaniu zainteresowania harcerstwem. Kolejny czas szkolny to okres białostocki rodziny, już z Kazimierzem Gorczykiewiczem. To naturalnie kolejna szkoła i całkiem przyzwoite świadectwo na zakończenie klasy piątej. Jako uczniowie, byli lub obecni, czytelnicy, czy widzowie wreszcie, znamy wiele przedstawień „nowego” w szkole i w klasie. To po kolei rytuał przedstawiania przed wszystkimi, stanie pośrodku klasy, kiedy dorośli coś tam o nas mówią, prośba do klasowych pupilków, żeby otoczyli opieką itd. Trudne do zniesienia. Świetny obraz „nowego” wędrującego, jak Marek Hłasko, do niezliczonych szkół stworzył ostatnio w swojej powieści „Ślady krwi” Jan Polkowski. Trudne okresy szkolne autora „Sowy, córki piekarza”, trudne wychowawczo i dydaktycznie, to tak naprawdę dopiero czasy wrocławskie, czyli końcówka szkoły powszechnej. I nawet przynależność do ZHP nie zapobiegła różnego typu kłopotom z nauczycielami i innymi uczniami. Ba, w swojej szczerości i otwartości Marek wchodzi też w konflikt z druhami z harcerstwa. Wyrzucają go z jednej drużyny, występuje z kolejnej, w końcu w ogóle rezygnuje. Bo zauważa, na młodzieńczy gorący sposób, rozmijanie się idei i praktyki tej organizacji. A przecież ma w sobie marzenie “młodszego” brata pokolenia Kolumbów o realizowaniu ideałów współpracy, koleżeństwa, poświęcenia. Ale odejście to jest dobry wybór z jeszcze jednego powodu. Za kilka miesięcy także harcerstwo zostanie poddane głębokiej przeróbce na wzór sowieckiej organizacji pionierskiej. Markowi już to nie zagrozi. Zresztą ze szkołą w biografii pisarza stało się to samo. Po tym jak z trudem udało mu się „zaliczyć”, po powtarzaniu w Legnicy ósmą klasę, czyli stać się absolwentem szkoły powszechnej trafia na krótko do Liceum Techniczno-Teatralnego w Warszawie. Mieściło się ono w budynku YMCA. W tym samym, w którym mieszkał, ostatnio przytaczany, Leopold Tyrmand. Hłasce w tej szkole wiedzie się słabo. Najpierw karnie przenoszą go do bursy w Miedzeszynie, następnie całkiem usuwają ze szkoły. Wraca do mamy i jej partnera do Wrocławia. Tutaj robi prawo jazdy (VI 1950), a do szkół go już zupełnie „nie ciągnie”. Niebawem więc pojawia się sądowa „zsyłka” do pracy w transporcie leśnym w Bystrzycy Kłodzkiej. Jak o tym była mowa w jednym z poprzednich tekstów. W przypadku edukacji Marka Hłaski zapewne można napisać jedno: ciekawsze dla nas, czytelników, jest to, że najbardziej edukowało go życie. Nie szkoła jako instytucja. Życie barwne, ale dobrze też opowiedziane. Przez to jego książki są ciągle interesujące, żywe, bardzo ludzkie.
Opisywanie systemu szkolnego tego czasu wymaga zarówno znajomości tematu, jak i zrozumienia, że nie był on jeszcze tak jednolity i tak zideologizowany jak to się stało tuż po „wyjściu” Hłaski ze szkół. To jest po prostu czas (po Ogólnopolskim Zjeździe Oświatowym, VI 1945, Łódź), kiedy powoli kształtuje się powszechna, bezpłatna, obowiązkowa
i jednocześnie, co ważne, jednolita oświata. Zmiany wprowadzano do 1948 stopniowo. Dopiero po tym roku zaczęła się prawdziwa, używając języka wojskowego, ofensywa. Ideologiczna przede wszystkim. W 1949 wprowadzono nauczanie języka rosyjskiego jako obowiązkowego. Opracowano też nowy program nauki języka polskiego, którego zadaniem było wcielanie w życie zasad marksizmu-leninizmu, a także „upominanie się o zmianę hierarchii wartości literackich, zniekształcanych przez tradycjonalistycznych pisarzy, [...] uczenie ujmowania każdej epoki dialektycznie, odnajdywanie w każdej kulturze nurtów klasowych”. Dobrano do programu kanon lektur, który uwzględniał przede wszystkim “wartości wychowawcze, na jakich nam dzisiaj szczególnie zależy: patriotyzm połączony z uczuciem braterstwa ludów, nienawiść do wyzyskiwaczy człowieka, wysokie poczucie przywiązania do wspólnej własności społecznej, karność wewnętrzną, dzielność charakteru zdolną do przezwyciężenia przeszkód i oporów w walce o wyzwolenie człowieka”. Dobrze, że uczeń Hłasko Marek nie realizował już takiego programu.