Zwodniczy mechanizm kredytu

Autor: 
Jan Pokrywka

Jak wiadomo historia lubi się powtarzać ale zawsze w bardziej groteskowej formie. Według oficjalnie głoszonych w szkołach poglądach, I Rzeczpospolita upadła w wyniku zdemoralizowania szlachty, a przynajmniej znacznej jej części. To wizja uproszczona, propagandowa wręcz, czyli taka, która ma osłonić rzeczywistych sprawców nieszczęść. Rzecz jasna, przypadki demoralizacji i jawnej zdrady miały miejsce, ale częściej wśród magnaterii niż ziemiaństwa, które było wyjątkowym zjawiskiem w skali świata. Wyjątkowość ziemiaństwa polskiego polegała na tym, że było ono niezależne, zorganizowane – używając współczesnego określenia – w strukturze poziomej. Wielkie majątki stanowiły własność rodzin; były elementem rynku żywności, rynku najważniejszego, o który zawsze trwa walka. Skutki tego były następujące: ziemiaństwo było stosunkowo zamożne, zatrudniało wiele osób, niezależne i miało wpływ na politykę. W różnych okresach różnie to wyglądało ale nie w tym rzecz. Ważniejsze, że takie państwo było solą w oku dla sąsiadów, ale i dla nieco dalej położonego imperium, zarządzanego przez korporacje i banki, a które zawsze zabiegało o przejęcie wszystkich rynków na świecie poprzez najpierw udzielanie kredytu a potem przejmowanie ziemi i ludzi. Ludzie, co trzeba mieć na uwadze, potrzebni byli w miastach, do pracy w nowo powstałych fabrykach. A skąd tych ludzi zabrać? Ze wsi, rzecz jasna, a to oznacza, że wielkie gospodarstwa trzeba było zniszczyć. Dokonano tego przez likwidację państwa i prowokacje powstańcze.
W skali globalnej zastosowano mechanizm opracowany dużo wcześniej: herezje. Nie te klasyczne, religijne, a społeczne, choć równie o antykatolickim, antywłasnościowym i ostrzu i ideologii ubóstwa: ruchy rewolucyjne i socjalizm. Rewolucje i dwie wojny światowe stworzyły nową klasę społeczną – proletariat, a w zdegenerowanej formie – lumpenproletariat.
Dawne doktryny odżyły pod przykrywką ideologii demokratycznej i korporacyjnej. Ziemiaństwo, które zniszczył komunizm po 1945 r., już się nie odrodziło, podobnie jak własność i klasa średnia. Zamiast tego mamy nową grupę, jeszcze niżej sytuowaną w hierarchii społecznej niż proletariat. To prekariat. Prekariusze to ci, którzy pracują dorywczo na „śmieciówkach” i z trudem wiążą koniec z końcem, nie posiadając żadnej własności. To – idąc drogą porównań, odpowiednik klasy wyzwoleńców w starożytnym Rzymie. Niby wolni, ale bez możliwości swobodnie podejmowanych decyzji, bo poza wolnością (a i to dość mocno ograniczoną) nie mają nic i muszą chwytać się każdej pracy aby przeżyć. Pod tym względem sytuacja wyzwoleńców gorsza była od niewolników, których właściciel musiał utrzymywać. Chodzi, rzecz jasna, o własność nieruchomą, bo tylko ona ma jakąś wartość. Reszta to gadżety, błyskotki, na zakup których ludzie biorą kredyty. Ale nawet tzw. klasa średnia, posiadacze jakichś nieruchomości, nie mogą być pewni dnia ani godziny, gdyż możliwości rabunku pod pretekstem wywłaszczenia na cele społeczne i wydobywcze, jest całkiem spora, co oznacza, że prawa właścicielskie są coraz bardziej iluzoryczne.

Grecja przykładem świeci
Reakcja naszych mediów głównego nurtu i takich polityków, na wyniki referendum w Grecji mogłaby wskazywać, że co najmniej świat zatrząsł się w posadach i jego koniec jest już bliski. To oczywiście, może być prawdą, ale nieco inną i w innym wymiarze. Ale po kolei.
Grecy odrzucili warunki pomocy od Unii Europejskiej i innych instytucji finansowych pokazywanych jako dar. Gdyby w krajach unijnych zamiast nowoczesnego obowiązywało klasyczne wykształcenie wiedziano by, że taki numer wykręcili Grecy pod Troją przekazując wielki dar w postaci konia i wiemy jak to się skończyło. I teraz też nie byłoby lepiej, gdyż warunki „daru” były dyktatem niekorzystnym dla Grecji i – dodajmy – nie tylko dla niej. Sprowadzały się do przejęcia rynków greckich przez wielkie firmy zachodnie, wyprzedaży wszystkich greckich aktywów, czyli własności przemysłowej, infrastruktury, a także ziemi, wysp, które są w Grecji bardzo atrakcyjnym towarem.
Amerykański politolog Paul Craig Roberts powiada, że Grecja może znów ocalić Zachód, podobnie jak pod Maratonem, Termopilami, Platejami i Mykale ok. 2,500 lat temu, no ale ilu unijnych przywódców wie, co te nazwy znaczą. Jego zdaniem, silne państwa mają jedną drogę pozyskiwania pieniędzy: poprzez grabież słabszych, bo same już nie mogą, nie potrafią i nie chcą produkować bogactwa, w efekcie czego produkcja z Europy i USA przeniosła się m.in. do Azji. Państwa słabe są w niebezpieczeństwie. Ich skorumpowane elity działają wbrew ich interesom, ogłupiając propagandą, że istnieje coś takiego jak pomoc czy programy unijne. To oczywiście nieprawda, bo w cieniu są kredyty, których forma spłaty jest tak skonstruowana, że właściwie spłacić się ich nigdy nie da. I z tej formy lichwy żyją bogate państwa oraz wspierający je system finansowy.
Roberts ma rację, ale, przyznajmy, to nic nowego, sam na tych łamach pisałem wielokrotnie, że cała ta UE, to już tylko „dawnych wspomnień czar” i to dla naiwnych. Unia to taki euro-kołchoz, taki ZSRR-bis, tyle że w lepszym opakowaniu, krótko mówiąc: euro-socjalizm. A każdy socjalizm to forma pasożytnictwa, w której pasożytami są „elity”, a żywicielem – społeczeństwa, którym ogranicza się prawa wolności i własności aby nie fiknęły, jak to zrobili właśnie Grecy. Co więcej, socjalizm to byt sztuczny, sam z siebie nie mogący się utrzymać. Dlatego Unia, podobnie jak strefa euro, może się rozpaść, bo drogą Grecji pójdą Włochy, Portrugalia i Hiszpania, a zatem, Grecja bardziej potrzebna jest Unii niż Unia Grecji. To jedna możliwość. Druga – Grecja zostanie siłą zmuszona do uległości, np. poprzez organizację w Atenach jakiegoś majdanu ale to może doprowadzić do wojny. I trzecia, najlepsza – Unia znormalnieje, zmieni strukturę na wolną wspólnotę wolnych narodów oraz uzdrowi gospodarkę przywracając jej zdrowe zasady.
Jeżeli ktoś jeszcze wierzy, że chodzi o długi to przypomnę, że ich nie spłacanie nie jest czymś nadzwyczajnym. „Zobowiązania do spłaty długów w prawie międzynarodowym nie są czymś absolutnym i często były ograniczane i niuansowane” - głosi dokument Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju.
I taka też była praktyka. Kilka lat temu Islandia, w referendum podobnym do greckiego, zadecydowała o nie spłacaniu długów, a kilku bankierów, którzy nie zdążyli uciec, zamknięto w kryminale.

Nasza chata już nie z kraja
Kiedy nasza premierzyca, co niektórzy ministrowie oraz dyżurni eksperci i dziennikarze, rozrywają szaty nad sytuacją
w Grecji, zupełnie nie widzą co mają pod nosem. Nasza sytuacja jest lepsza ale tylko wirtualnie. Idziemy tą samą drogą co Grecja, tyle, że nasze melity, przepraszam – elity, są wobec silnych państw uległe
i bez szemrania wykonują wszystko co im każą. Np. Grecy przypomnieli sobie o wo-jennych reparacjach i wyliczyli, że Niemcy są im winne za szkody z I wojny światowej ok. 9 mld euro a za drugą ok. 280 miliardów, przy zadłużeniu 320 mld euro, a to redukowałoby cale zadłużenie do 40 mld euro. Zadłużenie Polski jest podobne (ok. 300 mld euro) ale nasze władze nie odważą się żądać od kogokolwiek spłaty długów, co więcej chętnie umarzają innym, np. Ukrainie. A sytuacja jest coraz gorsza. Po Rewalu i kilku innych gminach w kłopoty popadły Ostrowice, mała pomorska gmina, która za sprawą wójta ambitnie realizowały cele tak jak wiele innych. A to zbudowały wodociąg, a to oczyszczalnię ścieków, szkołę, boiska orlikowate, itp. Nic nagannego, wójt nie jadał ośmiorniczek po knajpach ptasich, nie grał w ruletę, nic z tych rzeczy. Zamiast tego zaciągano kredyty i przyszedł taki moment, że zabrakło pieniędzy nie tylko na spłatę rat, ale i na funkcjonowanie, więc pożyczano w parabankach i dług Ostrowic osiągną 33 mln zł przy dochodach gminy trzykrotnie mniejszych. Gminie grozi rozbiór i przyłączenie do gmin ościennych, co nie oznacza bynajmniej, że długi zostaną spłacone. Zwrócę uwagę, że pomocy w postaci taniej pożyczki z budżetu państwa Ostrowicom odmówiono, więc wójt zastawił wodociąg i oczyszczalnię ścieków, co niewiele pomogło.
Dlaczego odmówiono? Moim zdaniem dlatego, że wójt albo i cała rada była niewygodna, nie należeli do właściwej grupy, co przecież nie jest wydarzeniem szczególnym. Przypomnę, że kilka lat temu w Żarowie wybrany burmistrz też był niewygodny i banki zażądały spłaty kredytów. Po zmianie burmistrza jakoś spłaty nie były już tak na gwałt potrzebne i wszystko wróciło do normy. Znacznie groźniejsze za zastawy. A gdyby to nie przekonało to inny przykład. Kilka dni temu, znajdujący się w podobnych kłopotach prezydent Słupska R. Biedroń pojechał z kwiatami do pani Premier i dostał 17 mln zł.
W Kłodzku poprzedni burmistrz zastawił budynki na Korytowskiej wraz z mieszkańcami, o czym mówił w wywiadzie dla majowego wydania Bramy obecny burmistrz Michał Piszko. Mamy oto klasyczną sytuację, gdy ludzie na pozór wolni wolnymi przestać być mogą. Jeżeli budynki przejmą np. banki, to narzucą taką stawkę czynszu, jaką zechcą i mieszkańcy będą musieli płacić, chyba, że mają gdzie pójść. Rzecz jasna, Kłodzko to nie Ostrowiece ale tylko pod względem wielkości. Burmistrz Szpytma miewał dziwne i kosztowne pomysły, z których niewiele wyszło dobrego ale i obecny mówi (w cytowanym wywiadzie), że „musimy dążyć do tego, aby Kłodzko się rozwijało”? Wszystko zależy od tego co ma na myśli. Oto bowiem w tym samym numerze p. Janusz Laska mówi o konieczności opracowania nowej strategii rozwoju miasta, bo stara jest już nieaktualna. Zabrzmiało to niepokojąco, bo jakoś nie przypominam sobie tej starej, ale to drobiazg. Boję się, że strategia, to będą jakieś kolejne, uznane za niezbędne inwestycje, na które trzeba będzie zaciągać kredyty. I to jest pułapka, nawet wtedy, gdy są to inwestycje finansowane częściowo z fundusz unijnych. W taką pułapkę wpadło wiele gmin w Polsce, ba, Polska cala i Grecja i inne kraje, tylko że o tych innych, poza Grecją, się nie mówi albo mówi niewiele, A najlepsza strategia to ta, która uruchomi największy potencjał – oddolną inicjatywę obywateli.

Pięć najgroźniejszych kłamstw o chlebie
Czy chleb jest podstawą życia? W sferze symbolicznej jest gwarantem przeżycia. Również w sferze religijnej: „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj…” głosi Modlitwa Pańska. Mało kto wyobraża sobie codzienną dietę bez pieczywa. Tak to głęboko tkwi w nas, ale też ma swoje podłoże w historii ludzkości, przynajmniej odkąd ludzkość przeszła na osiadły tryb życia zajmując się rolnictwem. Jak jest naprawdę? Mówiąc o pieczywie należy doprecyzować z jakiego zboża mąka została użyta do wypieku. Amerykański kardiolog dr William Davis, pszenicę nazywa „idealną stałą trucizną”. I faktycznie, stan zdrowia Amerykanów lubujących się w fast-foodach, przygotowywanych z mąki pszennej i innych, nie do końca rozpoznawalnych składników, jest zły, co widać gołym okiem. Statystycznie nadwaga i otyłość najczęściej występują w Stanach, gdzie konsumuje się średnio 25 kg mąki pszennej rocznie na osobę, co dietetyk Chris Kresser nazywa „katastrofą zdrowia publicznego”.
Wystarczy przeanalizować wszystkie diety odchudzające, żeby zobaczyć, że w istocie, po odrzuceniu całej warstwy „magicznej cudowności”, istota tajemnicy sprowadza się do ograniczenia jedzenia w ogóle, co często oznacza rezygnację z obżarstwa a zwłaszcza węglowodanów, czyli wyrobów mącznych.
Węglowodany podnoszą poziom cukru we krwi, co z kolei podwyższa poziom insuliny, która ma wpływ na wzrost tkanki tłuszczowej. Insulina „magazynuje” energię w komórkach, a inny hormon - glukagon, „rozładowuje” energię. Gdy w pożywieniu za dużo jest węglowodanów, insulina zbyt długo utrzymuje się i glukagon nie może dojść do głosu.
Z kolei publikacje w Journal of the American Medical Association wskazują, że zawarta w pszenicy amylopektyna ma związek z podwyższeniem tzw. „złego” cholesterolu LDL nawet o 300%.
Wspomniany już dr William Davis twierdzi, że pszenica, podobnie jak cukier, uzależnia, uruchamiając te same ośrodki przyjemności w mózgu jak narkotyki. Być może to leży u podłoża naszych zwyczajów żywieniowych.
Nie lepiej jest z żywnością bezglutenową. Rzecz w tym, że używana mąka jest efektem wysokiego przetworzenia, a więc zawiera konserwanty, białko sojowe (zawiera estrogeny), ulepszacze, oleje z nasion przemysłowych, syrop kukurydziany i ryżowy.
Pszenica to gluten, dla niektórych niestrawialny, ale mniej wiadomo o aglutyninie w kiełkach pszenicy (WGA). Jest to substancja dla rośliny ochronna, ale dla człowieka szkodliwa, ze względu na toksyczność; zaburza system hormonalny, osłabia odporność, sprzyja problemom trawiennym i zapaleniu systemowemu (podstawa choroby degeneracyjnej).
Z kolei New England Journal of Medicine straszy, że gluten może mieć wpływ na choroby nowotworowe i serca, osteoporozę, zapalenie jelit, przewlekłe zmęczenie, zaburzenia tarczycy, anemię i in. Obecnie doszło nowe zagrożenie: genetyczna modyfikacja (GMO) i dotyczy to większości zbóż. Czy tak było zawsze? Trudno powiedzieć, nie mamy wiarygodnych danych medycznych sprzed stu czy tysiącleci, wiadomo jednak, że pszenica spośród innych zbóż zmieniała się. Lepiej więc zachować ostrożność i jeść więcej pieczywa ciemnego.

Wydania: