Lądeckie impresje (198)
Jak ten czas leci… Niebawem ukaże się dwusetny już odcinek tego cyklu. Dziękuję wszystkim za poświęcony na lekturę czas .Dziękuję również za wszelkie uwagi i sugestie. To dowód, że nie trafia się w przysłowiową próżnię. To zawsze największa nagroda i satysfakcja dla autora.
Często pojawiają się pytania. Skąd u mnie – osoby mieszkającej na co dzień z dala od kłodzkiej krainy – owa wyjątkowa wprost fascynacja tym zakątkiem. Jak zaczęła się moja przygoda z kłodzką gazetą? Skąd w tytule tego cyklu znalazł się właśnie Lądek-Zdrój?
Kiedyś w dzieciństwie słuchałem z otwartą wprost buzią często niesamowite dolnośląskie opowieści mojego wuja Stanisława. Przywędrował tu po wojnie z nakazem pracy. Odbudowywał zniszczoną sieć energetyczną, zaznając w międzyczasie różne przygody czy wręcz dziwne spotkania. Mieszkał wprawdzie w Wałbrzychu, ale rejonem jego pracy był praktycznie cały pas Sudetów. Nasłuchałem się więc tych opowieści co niemiara. Może wtedy zrodziła się owa fascynacja tym regionem. Gdyby wuj żył dzisiaj zapewne powstałaby z tego niejedna książka. A tak pozostają tylko wspomnienia i ten wielki sentyment do dolnośląskiej krainy.
Na Ziemię Kłodzką zawitałem pierwszy raz w ramach popularnych kiedyś zakładowych wycieczek. To wtedy poznałem urok i magię kłodzkich uzdrowisk, tajemniczość wielu miejsc i ich wyjątkową atmosferę. Wtedy po raz pierwszy odwiedziłem m.in. Polanicę, Duszniki, Kudowę, Międzygórze czy Wambierzyce. To właśnie do Wambierzyc wracam przy każdej okazji, gdzie jak kiedyś już pisałem – ziemia zdaje się być tak blisko nieba. Gdzie zawsze wysłuchuje się nasze błagania i prośby. Z każdego takiego wyjazdu wracałem z nową trudną do zdefiniowania energią. Wracałem również z postanowieniem, że wrócę tu jeszcze nie raz.
Z samym Lądkiem spotkałem się po raz pierwszy gdzieś na początku lat 80. Wtedy to mój tata otrzymał skierowanie do sanatorium. Był to właśnie Lądek-Zdrój. Pamiętam jak szukałem wtedy
w dostępnych przewodnikach wszelkich wiadomości o tym uzdrowisku. Tata trafił wtedy do nieistniejącego już dzisiaj sanatorium o wdzięcznej nazwie „Marzenie”. Odszukałem ten obiekt po wielu latach. Dzisiaj to już ruina raczej strasząca kuracjuszy z pobliskiego sanatorium wojskowego. Z tego też okresu zapamiętałem wyjątkowo wielu wojskowych kuracjuszy, ówczesne uzdrowisko żyło jakby w cieniu wojska. Tata wywiózł jednak z tego uzdrowiska wyjątkowo miłe wspomnienia i chęć powrotu. Niestety nie zawitał tu po raz drugi, chociaż wielokrotnie zabierałem rodziców na wycieczki w kłodzki region. Może to właśnie poprzez owe opowieści i wspomnienia tak bliskich mi osób zaszczepiono mi szczególną sympatię czy wręcz miłość do tej krainy. Dzisiaj mogę już napisać do „mojej” krainy.
Po dwudziestu prawie latach przyjechałem tu ponownie z sanatoryjnym skierowaniem do lądeckiego „Jana”. Warunki pobytu jak i same zabiegi były jak najlepsze, tylko pogoda sprawiła mi zawód. Był to bowiem przełom lutego/ marca z kapryśną śnieżno-deszczową aurą. Gdzie wszystko widziałem jedynie w odcieniach szaro burych. Nabawiłem się zresztą przy okazji wyjątkowej grypy a jej skutki leczyłem jeszcze długo po powrocie. Mimo tych przeciwności postanowiłem wrócić tu raz jeszcze, ale w bardziej już ciepłe dni. Od tego czasu wracam przy każdej niemal okazji. Nie wyobrażam sobie bowiem wyjazdu do Kłodzka bez odwiedzenia „mojego” Lądka. Poznałem tu wielu wspaniałych ludzi, którzy jeszcze bardziej zarazili mnie miłością do tego zakątka. Obserwowałem na przestrzeni tych trzech prawie dekad jego wzloty i upadki, chociaż tych ostatnich było niestety więcej. Lądek nie miał bowiem szczęścia do gospodarzy, którzy mieliby jasną wizję jego rozwoju i konsekwentnie by to realizowali. Może za tej kadencji będzie lepiej, ale nadrobić wszystkie zaległości będzie wyjątkowo trudno. W każdym razie trzymam mocno, mocno kciuki za mój Lądek. Widzę też z jakim zapałem nowy gospodarz przystąpił do dzieła, napotykając co chwila na wciąż nowe problemy. Może ten nieco przydługi wstęp odpowie na pytanie – skąd taka nazwa tego cyklu.
Z kolei moje spotkanie z „Bramą” wtedy jeszcze tygodnikiem zaczęło się dość przypadkowo. Kiedyś wydawany był specjalny dodatek kulturalno-społeczny. To na jego łamach ogłoszono kiedyś konkurs na wrażenia i odczucia wywiezione z tego regionu. Zachęcony tym, wysłałem swój tekst. Opublikowano i zaproponowano pisanie kolejnych odcinków. W ten może dość banalny sposób narodziły się moje „Lądeckie impresje”. Początkowo tematyka ograniczała się tylko do Lądka, później objęła już cały kłodzki region. W międzyczasie rozpocząłem współpracę z nowoutworzonym portalem internetowym www.ziemiaklo-dzka.pl, ale to już inna historia.
Wielu dziwi, że to wszystko powstaje z pewnego oddalenia. Na co dzień mieszkam bowiem z dala od Kłodzka, chociaż bywam tu wyjątkowo często. Może przez to oddalenie dostrzegam wiele tutejszych spraw czy problemów z innej perspektywy, w innym świetle. Mając większy dystans i pewną też wolność od miejscowych powiązań czy układów (gdzie ich zresztą nie ma) mogę pisać przynajmniej w moim pojęciu bardziej obiektywnie. Korzystając z okazji dziękuję raz jeszcze za pomoc i wsparcie jakie mam często przy pisaniu poszczególnych odcinków. Dziękuję również za nadsyłane zaproszenia. Niestety przez wspomniane oddalenie, nie zawsze jestem w stanie przybyć na zapowiadane imprezy czy wydarzenia. Na ogół nie opuszczam moich największych kłodzkich imprez, do których zaliczam m.in. lądeckie Dni Patrona czy dożynki w kłodzkiej gminie. Dziękuję również pani Krystynie współredagującej naszą gazetę za jej wyrozumiałość i zawsze miłe wsparcie.
Za nami kolejny rok. Dla jednych wyjątkowo dobry i szczodry, dla drugich może mniej. Ale też zawsze jest nadzieja, że ten nowy będzie o wiele, wiele lepszy. Będzie bardziej obfity, wolny od trosk i większych problemów. Będzie rokiem spełnienia naszych kolejnych planów i marzeń. I tego też najbardziej życzę wszystkim czytającym.
Wszystkiego najlepszego w Nowym 2016 Roku!