O niebezpieczeństwie podatkowym i innym

Autor: 
Jan Pokrywka

Podatek dochodowy to jedna z wielu form ograniczenia własności, a własność jest warunkiem wolności. Mamy za sobą ostateczny termin składania PITów, czyli zeznań do podatku dochodowego, podatku, szkodliwego i niewiele wnoszącego do budżetu państwa. Oblicza się, że realne wpływy z tytułu podatku dochodowego to ok. 10% całości, a licząc ulgi i koszty ściągania, to jeszcze mniej. To tyle, jeżeli chodzi o liczby. Ale prócz kosztów policzalnych są też niepoliczalne. Należy do nich m.in. czynnik demoralizujący: pracujący i uczciwi są karani, niepracujący lub pracujący na czarno – nie. Co gorsza, koszty unikania podatków są niższe od kwot do zapłacenia, co tworzy zupełnie zbędny rynek doradztwa, gdzie zatrudniają się najmądrzejsi i najlepsi zamiast talent swój realizować w bardziej pożytecznych dla wszystkich dziedzinach. Ma to też wpływ na wzrost bezrobocia a tym samym na zmniejszenie się ilości firm działających na rynku.
To wszystko przekłada się na opodatkowanie małych firm prywatnych. Opodatkowanie prywatnej działalności gospodarczej powinno być mniejsze od opodatkowania spółek, choć najlepiej aby i ta forma była minimalna i jednaka dla wszystkich. Co prawda po 2000 roku podatek liniowy dla działalności prywatnej zrównano z opodatkowaniem spó-łek, ale obecny rząd zmniejszył opodatkowanie małych spółek kapitałowych utrzymując stopy opodatkowania liniowego działalności prywatnej, przez co konkurencyjność tej ostatniej będzie niższa niż małych spółek kapitałowych.
Ale podatki to jedno a własność to drugie. Obecnie w Polsce nie ma prawdziwej własności prywatnej, a co najwyżej resztki, jak mieszkania, dom rodzinny, drobne warsztaty pracy oraz własność gadżetowa, np. samochody. Owa resztówka stanowi łakomy i łatwy do zdobycia kąsek. Ponieważ tak naprawdę społeczeństwo jest biedne, a bogaci są bogatymi w kategoriach polskich, kuszącym jest wzięcie kredytu. I tu na naiwnych czekają pułapki a to w postaci hipoteki bankowej a to jako zastaw w umowach handlowych. To jest pułapka i narzędzie zarazem do zmiany stosunków własnościowych, przed czym trudno się obronić. Przejęcie nieruchomości przez banki czyli obcy kapitał, to poważne niebezpieczeństwo. Dlatego należy dokończyć proces prywatyzacji mieszkań i domów komunalnych przez ich mieszkańców, ogrodów działkowych przez użytkowników, itd. Dziś sytuacja jest tak dynamiczna, tak wiele zmiennych wchodzi w rachubę, że kto wie, czy nie łatwiej jest trafić „6” w totolotka niż przewidzieć skutki długoterminowych zobowiązań kredytowych.

Kult cargo
Kult cargo to zjawisko opisane przez naukowców obserwujących zachowanie mieszkańców wysp na Pacyfiku, którzy widząc, że na niektóryc wybudowanych lotniskach, lądują samoloty wypełnione darami, zaczęli na swoich budować lotniska w przekonaniu, że to spowoduje przylot wielkich, żelaznych ptaków. Kult ten występuje w różnych formach i pokrótce podobny jest do mylenia przyczyny ze skutkiem. Może to być np. przeświadczenie, jakże żywe wśród rodziców, o istnieniu szkół dobrych i złych, co jest oczywiście prawdą, ale nie ze względu na mury, organizację, czy dlatego, że pracują tam lepsi nauczyciele niż gdzie indziej. Nie. Powód jest taki, że poziom tworzą uczniowie a udział nauczycieli jest raczej skromny. Krótko mówiąc, szkoła jest dobra, bo chodzą do niej pilniejsi, zdolniejsi i bardziej pracowici uczniowie niż gdzie indziej. Dla takich bez znaczenia jest forma organizacyjna, istnienie czy nie istnienie gimnazjów. Niestety, tacy uczniowie to mniejszość. Pozostali, przykro to mówić, to żywy towar, z którym coś należy zrobić do ukończenia przez nich 18 lat, bo do tego czasu podlegają obowiązkowi szkolnemu. I tu dopiero widzimy wszystkie wady systemu, który władza stara się jakoś zmienić, czyli zaklinać rzeczywistość, tak jakby budować lotniska na wyspach. Nic to, rzecz jasna, nie da, a jedynym wyjściem jest prywatyzacja szkół i zniesienie obowiązku szkolnego.
Podobnie rzecz się ma w systemie opieki zdrowotnej. Mamy w ciągu ostatnich 20 lat kolejną, trzecią reformę polegającą na utworzeni sieci szpitali, państwowych, których zadłużenie stale rośnie, a które będą finansowane w 2/3 z budżetu bez względu na cokolwiek, a tylko w 1/3 ze względu na pacjentów. Jak będzie to działać – zobaczymy, ale to także jak budowanie lotnisk w nadziei, że coś przyleci. A więc budżet, zamiast prywatyzacji.
Najbardziej widoczny jest w kulturze. Tu nawet się nie udaje, że zależy na odbiorcy, czego przykładem jest Krystyna Janda znana z bezczelnych żądań o dotację a ostatnio z tego, że zwymyślała publiczność, której nie podobał się jeden z aktorów. Nie rzucano pomidorami czy jajkami, tylko wyklaskiwano młodszego Stuhra. No ale tak jest, gdy nie ma związku teatru z publicznością. Ktoś powie, że kultura a teatry zwłaszcza, musi być finansowana z budżetu państwa bo z biletów się nie da. To nieprawda, o czym świadczy przykład teatru Emiliana Kamińskiego.
Jeżeli zerwany zostanie finansowy związek ucznia/rodzica z nauczycielem, pacjenta z lekarzem, widza z aktorem, czytelnika z autorem, itd., to powstaje układ feudalny: z płaconych pod przymusem podatków utrzymywane będą kasty, dla niepoznaki zasłaniające się dobrem społecznym a szczególnie dobrem tych, dla których zostały powołane, ale bez jakiegokolwiek wpływu, czy choćby możliwości wyboru tychże, a skoro tak, to muszą się rodzić patologie.
Ale to jedna strona zagadnienia. Jest i drugie dno. Oświata, zdrowie i przemysł rozrywkowy to elementy cywilizacyjnej, zdrowotnej i kulturowej kondycji społeczeństw i narodów, a także narzędzie ich degradacji. W Polsce nie jest to tak widoczne jak gdzie indziej ale mamy do czynienia z trendem światowym, trendem pozbawienia ludzi podmiotowości, wzięcia odpowiedzialności za własne decyzje, a drugi, po odebraniu realnej własności – czynnik zniewolenia. Bo przerzucenie kosztów utrzymania sfer na najsłabszych i najgłupszych jest właśnie formą niewolnictwa.

Czy moczenie nóg może być lekarstwem?
W dawnych czasach, za tzw. pierwszej komuny, na Śląsku żył poseł jednego z sojuszniczych stronnictw PZPR, o którym powiadano, że nikogo się nie boi, nawet partii, z wyjątkiem Boga i chorób, choć niekoniecznie w tej kolejności. Miał zwyczaj po przyjściu do pracy moczyć nogi w gorącej wodzie i tak przyjmował petentów. Nazywano go hipochondrykiem ale nic nie wiadomo by chorował, więc jego zachowania były skuteczne. Był po prostu zdrowy.
Co to jest zdrowie? Niewątpliwie brak chorób, ale i coś więcej. To stan równowagi psychofizycznej, takaż sprawność, prawidłowe funkcje organizmu, odpowiednia energetyczność itd. To wszystko osiągnąć można poprzez odpowiednią dietę, tryb życia, stan umysłu, ćwiczenia itd., czyli wszystko to, co na naszym portalu nazywamy zręcznymi środkami.
A co z lekami – ktoś zapyta. Leki z apteki czasami bywają pomocne a czasami nie, za to z pewnością szkodzą.
W jednym z odcinków serialu Dr House stan pacjenta był tak zły, że w poszukiwaniu diagnozy trzeba było zaprzestać aplikowania leków antynowotworowych. Współpracujący z tytułowym bohaterem lekarz wyraził zaniepokojenie, na co House odpowiedział, że nie ma się czym przejmować, bo leki te i tak przeważnie nie działają. To tyle ku pokrzepieniu serc.
Ze statystyk wynika, że Polacy najwięcej, a w każdym są w ścisłej czołówce narodów kupujących leki i ich suplementy. To ważna informacja, bo określa parametry rynku farmaceutycznego, a jest on obok przemysłu zbrojeniowego, najbardziej dochodowym. Jest więc się o co bić: o kontrolę, a ta jest pełna jeżeli zaczyna się w fabryce a na aptece kończy. Te ostatnie nie są tak ważne jak hurtownie, ale jest się o co bić.
„Dobra zmiana” przeprowadza zmianę ustawy pn. „Apteka dla aptekarza”, a w myśl jej zapisów zezwolenie na prowadzenie apteki dostanie farmaceuta z prawem wykonywania działalności gospodarczej lub spółka takich osób. Dodatkowo jedna apteka przypaść ma na 3 tys. mieszkańców a odległość między aptekami nie może być mniejsza niż 500 metrów. Ograniczona ma być sprzedaż leków bez recepty zawierających pseudoefedrynę, kodeinę i inne substancje o działaniu psychoaktywnym, czyli znaczna część środków przeciwbólowych, przeciwzapalnych, przeciwgorączkowych, a więc np. likwidujących objawy przeziębienia i grypy. Projekt ma, według deklaracji, być handicapem dla małych, prywatnych aptek wyrównujących szanse konkurencji wobec aptek sieciowych i sieci sklepów sprzedających leki niejako przy okazji. Ma to też, a nawet przede wszystkim, przynieść większe dochody aptekarzom. I nie byłoby w tym nic złego gdyby nie to, że jest to eliminacją konkurencji i uzyskanie pozycji monopolistycznej, a to wiąże się zawsze ze zwyżką cen i dalej ze zmniejszonym popytem. Będzie więc jeszcze gorzej. O ile teraz wielu ludzi w tym osób starszych, nie stać na wykupienie wszystkich przepisanych recept, to będzie ich stać na jeszcze mniej. Pewną pociechą może być fakt, że większość leków i suplementów naprawdę nie działa tak, jak sądzą kupujący, raczej zawierają się efekcie placebo, więc z jednej strony zaoszczędzą trochę pieniędzy a z drugiej, mniej się będą truć. Co pozostaje? No właśnie, zręczne środki i powrót do starych, sprawdzonych metod z moczeniem nóg i stawianiem baniek na czele.

Wydania: