Rekonstrukcja rządu końcem "dobrej zmiany"?

Autor: 
Jan Pokrywka

No i proszę, szumnie zapowiadana rekonstrukcja rządu sprowadziła się do usunięcia dwóch znienawidzonych ministrów: Szyszko i Macierewicza, z akcentem na tego ostatniego. Dla kolorytu dodano jeszcze panią Streżyńską, panów Radziwiłła, Waszczykowskiego i jeszcze może kogoś ale pozostawiono dwóch panów G: Glińskiego i Gowina. Ci dwaj ostatni to kiedyś Unia Demokratyczna/Wolności i PO co pokazuje, w którym kierunku idzie „dobra zmiana”. Telewizja „Idź pod prąd” zgodnie z nazwą idzie jeszcze dalej postrzegając dymisję Macierewicza jako ruch w stronę zmiany sojuszy: z amerykańskiego na niemiecko-rosyjsko-chiński, a więc o taką, jaką chciała opozycja. I w ten oto sposób opozycja objęła rządy wchodząc tylnymi drzwiami w osobie do niedawna nic nie znaczącego Mateusza Morawieckiego.
Zdaniem komentatorów TV IPP nie ma już rządów PiS i obrony polskiego interesu narodowego, a w każdym razie nie jest on jasno wyartykułowany. W gruzach legł mit Jarosława Kaczyńskiego wielkiego stratega i wszechmocnego władcy PiS, która to partia spadła do roli wykonawcy postulatów opozycji. Wygrał też prezydent Duda, skonfliktowany z ministrem Macierewiczem, Duda, który – przypominają M. Kowalski i PO. Chojecki – jako szef kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego – wydał klucze do tajnej kancelarii prezydenta RP, co było m.in. przedmiotem badania przez komisję śledczą. Z kolei Mateusz Morawicki karierę zaczynał w bankach niemieckich, a „legendował” go ojciec Kornel.
Jakie będą dalsze losy „dobrej zmiany” – nie wiadomo. Na razie poparcie dla PiS utrzymuje się wysoko, ale co będzie gdy zacznie docierać do świadomości, że mamy rządy POPiS-u. Z drugiej strony ciekawi, dlaczego po raz drugi po dwóch latach rządów (tak było po rządach w latach 2005-2007) PiS oddaje władzę. To może być ciekawy przyczynek dla rozważań politologów, ale dla nas ważniejsze jest co innego. Oto po zdradzie PiS powstaje pole do zagospodarowania, a więc otwiera się szansa dla partii pozasystemowej, jak Ruch 11 Listopada do budowy środowiska patriotycznego, a w przyszłości partii idącej po wladzę.

Podróbki firmowe – cui bono?
Oglądam sobie jakiś amerykański serial kryminalny a tam taka oto scenka. Para detektywów badająca sprawę morderstwa wchodzi do jakiegoś sklepu w chińskiej dzielnicy gdy nagle, zupełny zbieg okoliczności, wpada policja i aresztuje starą Chinkę za handel podróbkami. Nie chodzi oczywiście o podroby ale o podróbki markowych towarów, w tym wypadku chodziło chyba o Gucciego. Dla fabuły filmu nie ma to znaczenia, akcja biegnie dalej, ale my zatrzymamy się na tym epizodzie. Po co był on wtrącony? No jak to po co, to przykład krypto-propagandy na rzecz firm, nazwijmy to, markowych i uzasadniających penalizację produkcji i handlu podróbkami. Właśnie tak robi się propagandę: wtrąca się w produkt pop-kulturowy podprogowej treści korzystnej dla sponsora, a takim jest, jak w tym przypadku Gucci. Bo to, że ta marka znalazła się w tym kontekście to nie przypadek, prawda? Przekaz jest więc taki: podróbki sprzedaje zamieszana być może w morderstwo Chinka, czyli podróbki są złe. U nas propaganda o ile jest, to jest nachalna i prymitywna, bo u nas robienie pop-kultury to skok na kasę. Np. nowy serial Korona Królów kosztuje za jeden odcinek ok. 200 tys. zł. Drożej od 3-4 częściowego garnituru Westmancotta (45 tys.$) i nieco tańszego Canaliego, o zegarkach od Cartiera nie wspominając.
W czym widzę problem? W tym, że państwa, także nasze, penalizując „podróbki” działają w interesie korporacji markowych a nie swoich obywateli, którzy od państwa oczekują działań w ich interesie. Bo co może być w garniturze od Canalego, że tyle kosztuje? Nic. Płaci się za markę i logo oraz ponosi koszty opłacania państw, urzędników, filmowców, itd. Nie ma w nim nic takiego, czego nie mogłaby mieć pod-róbka za, dajmy na to – 2-4 tys. zł. Nie mówiąc o tym, że kupującemu podróbki zostałyby jeszcze pieniądze na zakup innych towarów czy usług co przyczyniłoby się do rozwoju rodzimej gospodarki. Kupując „oryginały” na rynek trafia mniej pieniędzy, bo mniej ich zostaje w portfelu. Krótko mówiąc, ochrona firm markowych jest szkodliwa dla społeczeństwa i rynku. Nie znaczy to, że można ot tak sobie doklejać metki firmowe do produktów własnych, sprzedając je jako inne. Tyle, że roszczeń powinno dochodzić się na drodze cywilnej a nie karnej. Państwo ma swoje zadania w interesie całego społeczeństwa i niech się na tym skupi, zamiast działać na rzecz ponadnarodowy korporacji.

Dlaczego rząd nie lubi starych samochodów?
Na razie jest to tylko projekt ale wkrótce może się stać powszechnym prawem. Chodzi o zakaz wjazdu do centów miast pojazdom spalinowym. No może nie tyle o zakaz, co o płatność za wjazd, co w perspektywie na jedno wychodzi. Zakaz nie będzie dotyczył samochodów o napędzie elektrycznym i hybrydowym. Dlaczego sądzę, że to przejdzie? Z powodu bierności obywateli, których to dotyczy pośrednio czy bezpośrednio wobec lansowanej propagandy, według której, spaliny z aut zanieczyszczają stan powietrza w miastach i szkodzą zdrowiu.
Najgorsze jest kłamstwo, które zasadza się po części na prawdzie. Bo też istotnie, spaliny silników samochodowych zanieczyszczają powietrze w miastach, ale nie najbardziej. Miasta, będąc skupiskami ludzkimi, same z siebie produkują zanieczyszczenia. Weźmy takie ogrzewanie. Żyjemy w klimacie umiarkowanie chłodnym i ogrzewać się trzeba przez prawie pół roku a czasami i dłużej.
I to właśnie dymy z pieców domowych najbardziej zanieczyszczają powietrze w miastach. Na drugim miejscu są zanieczyszczenia przemysłowe a na trzecim dopiero spaliny z aut. Aż strach pomyśleć, co będzie, gdy socjalistyczny bądź co bądź rząd wymyśli zakaz opalania mieszkań paliwami konwencjonalnymi, ale z drugiej strony, jakby miał to wyegzekwować? Tego się nie da bez dobrowolnej współpracy w takim programie obywateli, a ta będzie możliwa gdy z jednej strony samorządy pomogą sfinansować zmianę ogrzewania na np. gazowe, a z drugiej polityka rządu sprawi, że ceny za gaz lub prąd będą odpowiednio niskie. Tak się jednak nie stanie gdyż wpływy ze sprzedaży energii pozwalają w znacznym stopniu realizować politykę lewicowych pomysłów, jak np. budowę fabryk silników elektrycznych do samochodów. Wymyślać można sobie wszystko, nawet silniki elektryczne, ale trzeba je raz, że zamontować w samochodach, a dwa – takie samochody sprzedać. I tu pojawia się pomysł zakazu wjazdu do miast aut z silnikami spalinowymi. Po co komu samochód, który parkowałby co najwyżej na rogatkach miasta? Po nic zupełnie. A zatem, „zdyscyplinowanie” kierowców poprzez takie zakazy jest łatwiejsze niż kontrolowanie mieszkańców czym palą w piecach. No i bezpieczniejsze. Więc pojawia się ekoterroryzm z jednej strony i wielki program państwowy produkcji silników elektrycznych z drugiej.
Dziwi bierność społeczna, bo zakaz uderzy w tych średnich i mniej średnio zamożnych. Ich na auta elektryczne lub hybrydowe nie będzie po prostu stać.
A właśnie auta second hands stanowią 90% tych jeżdżących po naszych ulicach.

Bon jako waluta lokalna
Bogusław Szpytma, zanim jeszcze został burmistrzem Kłodzka był zwolennikiem emisji walut lokalnych. Gdy burmistrzem został, o pomyśle zapomniał. Sama idea żyła jednak swoim życiem i ożyła w Otwocku, gdzie tamtejszy radny Marek Leśkiewicz usiłuje pomysł wprowadzić w życie. Gdyby Ministerstwo Finansów zgodziło się implementację waluty lokalnej, Otwock miałby się stać jedną z najbogatszych gmin w Polsce.
Walutą miałaby być marka otwocka jako waluta równoległa na terenie powiatu a jej głównym celem byłby szybki obrót. Nie chodzi więc o oszczędzanie ale o szybkie wydawanie w ciągu np. 3 dni, przez co zmieniłaby właściciela 13-krotnie w skali roku (złotówka zmienia właściciela 10-krotnie). Gdyby jednak marka otwocka „5-krotnie zmieniła właściciela w miesiącu, będziemy wśród najbogatszych gmin w Polsce w ciągu 6-8 miesięcy. To będzie fenomen – prognozuje Marek Leśkiewicz.” dla portalusamorządowego.pl. Bo też mechanizm jest prosty: szybka zmiana właściciela to gwałtowne zwiększenie obrotów lokalnych firm i usługodawców, a także pobudzenie samorządowych inwestycji.
Lokalna waluta byłaby opodatkowana w skali 3% rocznie a zysk trafiałyby do powiatowego budżetu i mogły być przeznaczone np. na inwestycje.
„Powiat otwocki liczy 127 tys. mieszkańców. Przy założeniu, że każdy jego obywatel dostałby 2 tys. wartości jednostki waluty miesięcznie, 3-procentowy podatek od tej kwoty daje powiatowi 91 mln jednostek w walucie lokalnej do wydania na inwestycje.”
Co prawda Konstytucja i Prawo bankowe nie zabraniają implementacji waluty lokalnej ale to w każdej chwili może się zmienić na plus jak i na minus. Lokalna waluta to zagrożenie dla interesu banków, zwłaszcza, gdyby stała się powszechna w całym kraju.
W Otwocku zrobiono już pierwszy krok do wdrożenia samorządowej waluty lokalnej: złożono stosowny wniosek do MF ale zrobiono coś więcej: Izba Przedsiębiorców Powiatu Otwockiego wprowadziła do obiegu bony lokalne w formie programu lojalnościowego, z których mogą korzystać wszyscy mieszkańcy powiatu otwockiego. Powiat Kłodzki
161 856 mieszkańców, jest więc większy od otwockiego i bardziej atrakcyjny. Ileż korzyści przyniosłaby waluta lokalna gdyby została wprowadzona?

Wydania: