A co tam w Różanym Dworze...Zimowe opowieści czyli Jak Zenek ... Meluzynę odnalazł
Coś co w stepie
szumi, gada
i Odwaga
po Pradziadach
Tam, gdzieś daleko... na Kresach pod Lidą leżał majątek mojego wuja Bronisława Zdanowicza. Dwór biały, polski, trudem przodków wzniesiony. Wieki, wieki całe trwał na tej ziemi rodzinnego gniazda broniąc. Przeszły czasy... wojny i rewolucje, zajazdy i zabory, powstania i upadki. Odwaga wielka bytowania na tym skrawku ziemi przeklętej i świętej.
A za oknami pola uprawne i lasy w odsłonach pór roku. Mroźne i śnieżne zimy, wiosny zielone w skowronkach tam wysoko na Niebie. Lata upalne, czas kanikuły, gdy żar ciężki od złotego bogactwa żniw. I pełne spichlerze i konie dorodne i... „w tym domu dostatek mieszkał i porządek”... A jesienie złote, z wiatru utkane i z opowieści o Polakach i tradycji wielkiego Narodu. Za oknami deszcz bijący o szyby, a w oknie lampa oczekująca wędrowca. A gdy w czasie pokoju
z oddali było słychać rżenie koni, już polana do kominka służba podkładała aby ogień sycić, już strawę gorącą z pieca na stoły podawali, aby gość się ogrzał i powiadał do nocy późnej... co tam w Świecie słychać.
Mój pradziad cioteczny adwokat Stanisław Zdanowicz, starosta lidzki dom ten prowadził i salon otwarty wspólnie z małżonką swoją, ród ze szlachty angielskiej wiodącej. Salon dla najznamienitszych obywateli z kraju i ze świata.
A i prezydent Rzeczpospolitej tam bywał i Marszałek Józef Piłsudski i posłowie. Pamiętam Dziadunia Stanisława, który wszystko utracił co z pokoleń wielu na Wschodzie ostało. Pozostał honor i du-ma. Serce i rozum. W powojennej zniszczonej Warszawie, staruszek ten 90-letni zamieszkiwał w pokoiku małym u... Matusiaków. Znanym domu starców. Chadzałam tam z drugą Babcią, aby przekazać Dziaduniowi dofinansowania spoza żelaznej kurtyny, które syn Jego Bronisław z Afryki przesyłał. Humorem tryskał wybornym i intelekt do późnych lat zachował. A pamięć... ho, ho! I barwne opowieści wiły się jak rzeka Lidziejka. Starzec wielkiej postury, gdy krzaczaste brwi marszczył i spoglądał na ludzi, to jakby słońce zaszło i cieniem ziemię usłało. Gdy patrzył na mnie, kilkuletnią małą radosną dziewczynkę, oblicze Jego łagodniało i szeptał – Iskiereczko, Ty moja mała nadziejo... wielka.
Ale, kto by wtedy Dziadunia słuchał. Przeminęło. Powojenne losy zmieniły granice i ustroje. Moi Rodzice ze zniszczonej wojną i nieszczęściem Warszawy wyjechali na Dolny Śląsk. I tutaj w Po-lanicy budowali Nowy Świat... dla siebie i dla ludzi. Ojciec mój dr Stanisław Maciejczyk, adiunkt Akademii Medycznej w Warszawie – specjalista i prekursor chirurgii ręki wspólnie z moim ojcem chrzestnym prof. Michałem Kraussem – nestorem polskiej chirurgii plastycznej wznosili podwaliny Szpitala Chirurgii Plastycznej. Matka moja Henryka, przez wszystkich zwana Basią, była pediatrą i kardiologiem, pracowała w polanickim ośrodku zdrowia i w szpitalu kardiologicznym „Leśny Ludek”. Praca dni i nocy. Dyżury i wyjazdy do chorych. Stanowisko lekarza naczelnego miasta, później dyrektora Zespołu Uzdrowisk Kłodzkich. Działacz społeczny, radna i członek Zarządu Rady Miejskiej. Od dziecka wzrastałam w kulcie pracy. Nigdy jednak nie była to praca egoistyczna. Z domu wyniosłam kult pracy dla ludzi i dzielenie się wszystkim jak chlebem. Z tamtych czasów pamiętam pracę i radość. Tak, tak, bo niewiele wtedy ludzie mieli. Ot, pokoik mały. Stół, krzesła, kilka talerzy i... wielką, ogromną, wypełniającą całą istotę ludzką radość życia. Misję stanowienia nowego życia na tym skrawku ziemi podarowanym przez los. Pewnie starsi ludzie pamiętają jak radosny budził się dzień i jakim spokojem zachodził wraz ze słońcem za las, by zasnąć nocą snem uczciwego człowieka. Martwi mnie to, że w annałach tej Ziemi nie znajduję zapisu życia i pracy na rzecz społeczeństwa moich Rodziców. Smutno mi... Jednak myślę, że to moje pisanie zapewni moim dobrym, zacnym, kochanym Rodzicom należne im miejsce w powojennej historii tych ziem. Ale to już całkiem inna historia.
Wróćmy jednak do Meluzyny. Tam, gdzieś daleko... i czasem blisko, tuż obok w marzeniach sennych stoi dwór bielony, gwar słychać i rżenie koni, psów ujadanie... Wuj Bronisław Zdanowicz był inżynierem architektem, budowniczym tam i mostów na rzekach w zachodniej Afryce, tuż pod równikiem. Tak to wichry historii gnają ludzi po świecie. Na stare lata powrócili wujostwo do Polski. Dom kupili i osiedli w Warszawie. Gdy pytałam w jaki czas osiedli pod Lidą w Meluzynie... wuj, szczerze mówiąc nie wiedział. Musisz, przecież musisz to wiedzieć nalegałam z dziecięcym uporem. Patrzył wtedy na mnie i bardzo poważnie mówił... Lipy, lipy. Lipy antenaci Pradziadowie sadzili, a 500 lat już żyją. Wiele by opowiedziały, gdyby mówić mogły, ale drzewa tylko szumią swoje opowieści gdy przychodzi wiatr i w słońcu nektar miodny pszczołom do pasieki dają, a w upały … cień. Jesienią i zimą domostwa przed wichurami bronią. I nie mógł wuj Bronisław mówić więcej, bo oczy mu wilgotniały.
A wrócić tam nie mógł nawet na chwilę. Bowiem granice ustrój dzielił, paszporty i formularze, urzędnicy i prawo... i nie wiedzieć co jeszcze. Aż nadszedł ten wielki dzień, gdy wuj Bronisław paszport do owego swego raju otrzymał. Z czułością niemalże umieścił w obszernej kieszeni wewnętrznej klapy kraciastej angielskiej marynarki.
Usiadł, zapalił fajkę i rzekł... no to jadę do domu, zobaczyć jak się lipy sprawują. I pojechał. Wrócił cichy i załamany. Snuł się z fajeczką po kącikach warszawskiego domu. Zasiadał za biurkiem. Pisał coś, zagłębiał się z książką w przepastne fotele. Chwilami stawał w oknie i patrzył na coś... czego tam nie było. Nie śmiałam pytać. Jednak dnia pewnego, przy kolacji zastawionej na wielkim okrągłym stole... spytałam. Wuj odrzekł... ruina stoi, brudna i zaniedbana w strugach deszczu. Wiatr hula i smutek wszędzie wokół.
A lipy... lip już nie ma. Wycięli. Mroźna zima przyszła i ludzie marzli, to i wycięli aby się ogrzać przy ogniu. Lipy wycięli. Taki nadszedł czas mroźny. I nic na to poradzić się nie da, bo żyć musieli. Przetrwać zimę musieli, to i wycięli. Tu, dziwnie wuj zamilkł. Wstał od stołu i wolno poszedł do ciemnego salonu. I nikt nie miał odwagi pójść tam za Nim. Minęły miesiące, a na ścianie warszawskiego salonu wujostwa Zdanowiczów zawisł obraz dworu kresowego, malowany z fotografii przez meksykańskiego artystę, pracownika ambasady, a prywatnie wujowego przyjaciela. I to wypełniło spokojem serce i duszę wuja i pozwoliło mu pogodzić się z losem. Siadywał godzinami przed tym obrazem, w fotelu, z fajeczką w dłoni i kieliszkiem koniaku, oddając się wspomnieniom. Tak, tak to było... i się skończyło. Przeminęło. Przeminęły czasy, gdy słychać było głosy tych ludzi, rozmowy, śmiech i płacz. Mój głos kiedyś też ucichnie. Pozostaną książki i wspomnienia. Jednak we mnie pozostał obraz Meluzyny. Dziwny i jakby ze snu.
Zenka poznałam kilka lat temu. To Białorusin urodzony w Lidzie. Działacz społeczny i kulturalny. Przyjaciel Polaków. Przyprowadził go do mnie Roman, mój przyjaciel z czasów polityki i rzekł... czy na Białorusi masz człowieka do współpracy? Nie? To już masz. Niech to będzie Zenek. I tak już zostało. Zenek gości w Saloniku Literackim Różanego Dworu co jakiś czas i opowiada o kraju swoim, o Lidzie, o przyjaźni polsko-białoruskiej, o pieśniach, muzyce i zespołach ludowych śpiewających w obu naszych językach. Filmy z występów przywozi. Oglądamy z radością i planujemy wiosną gościnę jednego z zespołów muzycznych... tu w Różanym Dworze. Po kilku latach naszej znajomości spytałam Zenka o... Meluzynę. Nic nie wiedział, ani nie słyszał. Jednak wybierał się do Lidy i już jak to mawiają siedział na walizkach. Znajdę Meluzynę... obiecał. A po prawdzie przywiózł fotografię jakiegoś zrujnowanego majątku pod Lidą. Spojrzałam, a później długo przyglądałam się zdjęciu. I co... i nic. Serce nie zadrżało, do duszy nie przylgnęło. I pomyślałam sobie, że to nie to. Zenek pokazał mi po chwili zdjęcie tabliczki blaszanej miejscowości, gdzie dwór ten leży... Dworzyszcze. To nie gniazdo rodzinne Zdanowiczów, to dwór należący do przyjaciela wuja. Tam ukrywał się wuj, gdy wkroczyli Rosjanie. Zmartwił się Zenek i posmutniał. Nie dał jednak za wygraną. I dnia pewnego po powrocie z Lidy, gdy odwiedził mnie w Różanym Dworze minę miał tajemniczą. W telefonie komórkowym film. A tam... Meluzyna. Wielka odbudowa majątku. Nowy, młody właściciel. Białorusin. Serce biło i dusza śpiewała... choć bałagan jeszcze i deski leżą i ściany się wznoszą. Meluzyna. Po chwili Zenek wystukał na klawiaturze telefonu jak na pianinie najmilszą piosenkę... połączył się z właścicielem dworu. Rozmawialiśmy. Serdecznie, zwyczajnie jak dobrzy znajomi. Jak skończę... zapraszam. Wie, że dla pisarki najlepszy będzie pokoik gościnny na mansardzie, z widokiem na pola i las. I lampa do pisania nocą. A jak trzeba będzie, to konia okulbaczy i w pola pojadę.
I wiatr na twarzy i deszcz, i łzy. Myślę i marzę. Zapraszam do siebie, do Różanego Dworu.
I pisze się nowa historia przyjaźni. Trudna i piękna historia. I nie pragnę niczego co jest materią, bowiem wszystko co najważniejsze w krainie ducha spoczywa, czy chcemy tego czy nie... i myślę, że to najpiękniejsza i najcenniejsza wiedza.
A ja tutaj na Dolnym Śląsku mam swój biały dwór i salon co i prezydent zaszczycił i posłowie, a też ministrowie i senatorowie bywali. Pisarze i poeci, naukowcy i zwykli – niezwykli drodzy mi przyjaciele.
A gdy zmierzch nadchodzi siedzę przy lampie co mrok rozprasza. Lampie w oknie, jak za dawnych lat bywało, takiej co zagubionemu wędrowcowi oświetla drogę.