Nowa zmiana - stare tajemnice

Autor: 
Jan Pokrywka

* No i na razie z transparentności nici.
„Trybunał Konstytucyjny orzekł, że zapis ustawy o dostępie do informacji publicznej, uzależniający uprawnienie do uzyskania informacji publicznej przetworzonej od wykazania szczególnej istotności dla interesu publicznego, jest zgodny z Konstytucją RP. Jednocześnie zastrzegł, że za informację publiczną przetworzoną można uznać jedynie nową informację wytworzoną przez urząd.”
Ten prawniczy język w przekładzie na nasz oznacza, że zdaniem Trybunału konstytucyjne prawo do informacji publicznej, w tym informacji przetworzonej, nie jest absolutne. Idąc dalej, prawo do uzyskania informacji publicznej przetworzonej ma jedynie taki wnioskodawca, który jest w stanie wykazać, iż pozyskaną informację wykorzysta dla dobra ogółu. No proszę, ale jak udowodnić, że tak zostanie ona wykorzystana? Nie da się, a więc odmowa będzie zawsze uzasadniona brakiem uzasadnienia. Ale to nie wszystko, bo zdaniem Trybunału nie można angażować administracji do nadmiernej pracy w związku z żądaniem informacji publicznej przetworzonej „kosztem” pozostałej pracy, jaką musi wykonać administracja – podsumowuje wyrok Sieć Obywatelska Watchdog Polska. W praktyce będzie to oznaczać koniec dostępu obywateli do informacji publicznej, chyba że urząd uzna inaczej. Te dwa hamulce są nie do przeskoczenia, bo albo obywatel nie wykaże odpowiedniej intencji albo urząd zasłoni się obowiązkami.
Czy jest to zgodne z demokracją? To zależy jak rozumieć „demokrację” Pierwszy sposób jest dość naiwny, czyli dosłowny: demokracja to rząd ludu, tyle, że „lud” to hipostaza, czyli pojęcie abstrakcyjne, nie istniejące w rzeczywistości, gdzie żadnego „ludu” nie ma, są tylko ludzie, czyli jednostki, a jak pisał Majakowski: „jednostka niczym, jednostka zerem”. I słuszna jego racje o czym przekonać się może każdy, kto wejdzie do urzędu i zechce wykazać, że jako suweren ma władzę.
Drugi sposób to definicja Grzegorza Brauna, że demokracja to forma ukrytych rządów służb, lóż i mafii, a skoro tak, to realny suweren, w odróżnieniu od suwerena konstytucyjnego, nie ma interesu w ujawnianiu informacji, które mogłyby im zakłócić interesy samym ujawnieniem.
Który z tych dwóch sposobów pojmowania demokracji jest właściwy, niech każdy sam sobie odpowie.

* Prowokacja uprawniona
Jak zapewne wszyscy pamiętają, tuż przed świętami aresztowano Burmistrza Boguszowa-Gorc. Według oficjalnej we-rsji, do Burmistrza zgłosił się przedsiębiorca oferując ok. 70 tys. zł, w zamian chciał uniknąć kary umownej za nieterminowe wykonanie prac na rzecz gminy. Burmistrz się zgodził, łapówkę przyjął, na co wkroczyła policja i dokonała aresztowania. Nie wnikając w kwestię winy lub niewinności Burmistrza, zastanawiać muszą pewne fakty, np. skąd ten pośpiech i dlaczego aresztanta pozbawiono prawa do obrony uniemożliwiając mu kontakt z adwokatem? Albo: dlaczego sprawy nie przekazano do innej prokuratury spoza województwa dolnośląskiego, a przynajmniej spoza jurysdykcji Prokuratury Okręgowej w Świdnicy, czego wymaga czynnik bezstronności i co się zazwyczaj w takich przypadkach czyni? No i najważniejsze: dlaczego zastosowano areszt na 3 miesiące?
Ciekawe spostrzeżenie, co prawda w innej, ale w podobnej sprawie poczynił Stanisław Michalkiewicz. „Na czym polega prowokacja policyjna? Na nakłanianiu obywatela do popełnienia przestępstwa po to, by następnie wytoczyć mu sprawę karną i wsadzić do kryminału. Normalnie taki nakłaniający odpowiadałby jak za podżeganie (art. 24 kodeksu karnego z 1997 roku), ale takiej odpowiedzialności nie egzekwuje się od prowokatorów „uprawnionych”.
Prowokacja policyjna rodzi pewne trudności natury prawnej. Po pierwsze – stosowana jest w momencie, gdy nie tylko nie ma żadnego przestępstwa, ale nawet nie pojawiło się żadne podejrzenie jego popełnienia. Prowokator bowiem dopiero do popełnienia przestępstwa zachęca. Tymczasem wg art. 303 kodeksu postępowania karnego, śledztwo wszczyna się dopiero, gdy zachodzi „uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa”, albo na skutek zawiadomienia o przestępstwie już dokonanym. W przypadku prowokacji nie ma mowy ani o jednej, ani o drugiej sytuacji, więc mamy tu do czynienia z kolizją przepisów, która godzi w prawa obywatelskie tym bardziej, że i kodeks karny w art. 1 wyraźnie stwierdza, że odpowiedzialności karnej podlega ten tylko, kto POPEŁNIA czyn zabroniony pod groźbą kary przez ustawę”.
Trzeba wiedzieć, że tymczasowe aresztowanie jest bardziej dotkliwe niż pobyt w więzieniu dla skazanych. Aresztanci nie mają, w przeciwieństwie do skazanych, prawa do przepustek, a rozmowy telefoniczne są kontrolowane podobnie jak korespondencja, a widzenia z najbliższymi uzależnione są od zgody prokuratora lub sądu. Tymczasowe aresztowanie, zgodnie z kodeksem postępowania karnego, nie powinno być stosowane, gdy wystarczy inny środek zapobiegawczy (poręcznie lub kaucja), a bez którego śledztwo nie może być odpowiednio prowadzone a podejrzany może uciec lub mataczyć. W przypadku Burmistrza żadna z tych ostatnich okoliczności nie zachodzi, a skoro dowody są niezbite, to nie jest potrzebne nawet jego przyznanie się do winy.
Po co więc zastosowano areszt? Wygląda na to, że że zastosowano „areszt wydobywczy” po to, aby burmistrz zrzekł się stanowiska burmistrza, w wyniku czego kolejne wybory wyłoniłyby kogo potrzeba. Takie rzeczy już się zdarzały, choć bez uciekania się do tak drastycznych środków. Kilka lat temu, w Żarowie, także wybrano niewłaściwą osobę i musiał interweniować komornik na zlecenia banku zamykając konta urzędu; dopiero po abdykacji i wyborze właściwej już tym razem osoby, banki odpuściły.
No ale dlaczego ten akurat Burmistrz jest niewygodny? Ponieważ, podobnie jak ten z Żarowa, wygrał przez przypadek.
W demokracji bowiem, jak powiedział Józef Stalin, nieważne jak kto głosuje, ale kto liczy głosy, ale jeszcze ważniejsze jest aby wystawić odpowiednich kandydatów aby zachować pozory demokracji, eliminując już przed startem tych niewłaściwych. Jednakże wybory, odbywające się w nie całkiem, jak się okazuje, szczelnym systemie, mogą wyłonić nie tego co trzeba i stąd tyle zachodu.

* To może być ostatnia szansa
Bodajże 21 listopada ub.r. kanclerz Angela Merkel powiedziała (cytuję z pamięci, więc nie literalnie), że państwa narodowe powinny być skłonne do rezygnacji z własnej suwerenności, a rządy, w od-niesieniu do migracji, nie powinny słuchać własnych obywateli. Słowa te należy zestawić z Manifestem z Ventotene – dokumentem programowym Unii Europejskiej, który zakłada likwidację państw a także z faktem, że Niemcy – państwo poważne, realizuje swoją politykę niezależnie od personaliów. Dodatkowym czynnikiem jest ten, że w tym roku odbywają się wybory do europarlamentu i parlamentów krajowych, co oznacza, że na najbliższe lata scena polityczna tak w Brukseli i Strasburgu jak i w stolicach państw zrzeszonych, zostanie zabetonowana a przeprowadzone zmiany nieodwracalne. Przy czym nie chodzi tylko o likwidację państw ale też o wprowadzenie eurosocjalizmu, a wtedy zacznie się taka ostra jazda bez trzymanki, że co starsi z łezką w oku wspominać będą dobre czasy RWPG. Wszystko to może się nie sprawdzić ale czy warto ryzykować, a jeżeli nie, to co zrobić?
Nie oglądając się na innych, polska prawica, ta rzeczywista a nie deklaratywna, powinna uformować taką siłę, która nie tylko pozwoliłaby wprowadzić silną grupę do EP, ale także do parlamentu krajowego. A więc zdobyć władzę i ją utrzymać w interesie społeczeństwa ale w taki sposób, żeby nie doprowadzić do katastrofy.
Wielu jest zapewne rozczarowanych rządami PiS-owskiej koalicji, bo z innym programem szła do wyborów a co innego jest teraz. Udało się wprowadzić program 500+ i zmniejszyć wiek emerytalny ale to za mało. Nie będę tu jednak pastwić się nad tą formacją aby nie przyłączyć się do jej wrogów, a trzeba zaznaczyć, że ich rządy byłyby jeszcze gorsze.
Co zatem? Powstaje koalicja wyborcza Ruchu Narodowego i partii Wolność – jedyna formacja naprawdę prawicowa i ona jest ostatnią być może nadzieją dla Polski. Na jej czele stoi kwartet tenorów: Grzegorz Braun, Janusz Korwin Mikke, Piotr Liroy Marzec i Robert Winnicki. Co proponuje, jaki ma program i sposób dojścia do władzy, o tym następnym razem.

* Powrót NFI
Jeżeli ktoś myślał, że Narodowe Fundusze Inwestycyjne umarły bezpowrotnie po tym, jak rząd PO-PSL przejął ich aktywa na poczet emerytur wypłacanych przez ZUS, to się pomylił. Pomysł wraca, tyle że pod zmienioną nazwą. Teraz mają to być Pracownicze Plany Kapitałowe.
Idea jest podobna. ZUS stoi nad przepaścią a nawet, jak to swego czasu mówił towarzysz „Wiesław”, zrobił krok naprzód. Emerytury wypłacane przez ZUS będą, bo muszą być, coraz to mniejsze aby mogły być wypłacane w ogóle. Nie pomógł system tworzenia tzw. kapitału początkowego, choć w wielu wypadkach pomógł o tyle, że wiele osób nie dotarło do dokumentów, a jeśli nawet, to z określeniem kwot dawnych zarobków był problem, więc naliczano jako najniższe. Mimo to, ZUS w dalszym ciągu ma kłopot z samofinansowaniem, stąd pomysł dodatkowych składek. Tym razem ma być dobrze, tyle że nie wiadomo komu. Urzędnikom zapewne, ale emerytom już niekoniecznie. Według założeń PPK mają składać się ze składek płaconych przez pracodawcę i pracownika na specjalne konto, z tym, żeby ludzi od razu nie wystraszyć obiecuje się, że kapitał będzie można wycofać. Akurat. Jeżeli rząd mówi, że weźmie, to weźmie, ale gdy mówi, że da, to znaczy, że mówi.
O zapaści systemu emerytalnego pisałem tyle razy, że szkoda się powtarzać. Pierwszym projektem było uwolnienie z przymusu płacenia składek a wcześniejsze zobowiązania państwa pokryć z zysków z prywatyzowanych przedsiębiorstw państwowych. Potem, proponowałem emerytury obywatelskie, wszystkim po równo przy jednoczesnej likwidacji ZUS. Nic z tego. Rządy, wszystkie kolejne, nadal brnęły w ślepy zaułek i nie mają innego pomysłu jak nadal rabować ludzi. Bo jak mawiał A. de Tocqueville – nie ma takiej zbrodni, do której nie posunie się rząd, któremu zabraknie pieniędzy.
A dlaczego rząd nie ma pieniędzy? Bo musi płacić haracz wymuszany groźbą strajków przez pracowników budżetówki, a to jest z kolei zaniechania prywatyzacji niektórych przynajmniej sektorów. No ale tak to się kończy polityka etatyzmu podszyta propagandą sukcesu.

Wydania: