Na ostatniej prostej

Autor: 
Jan Pokrywka

Muszę przyznać, że inauguracja kampanii prezydenta Dudy na stanowisko Dudy właśnie, nie zrobiła na mnie i na nikim kogo znam wrażenia adekwatnego do szumu medialnego jaki wokół tego powstał. Nie zrobiły również wrażenia natychmiastowe zarzuty tzw. polityków opozycji, iż wspomniany Duda wykorzystał media publiczne do własnej kampanii, a to dlatego, że nie jest to do końca prawda. Bo to nie prezydent Andrzej Du-da wykorzystał publiczne media w swojej sprawie, ale siły polityczne go lansujące to uczyniły. Podobnie jak stacja TVN popierała 5 lat temu kandydaturę Bronisława Komorowskiego. Poza tym, każdy, kto zajmuje jakieś stanowisko w hierarchii, od radnego gminnego poczynając, przez wójta, burmistrza, itd. aż na prezydencie państwa kończąc, zawsze wykorzystuje swoją pozycję przy wyborach na kolejną kadencję.
Tak samo będzie popierał TVN kandydaturę Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w majowych wyborach i to bez względu na ilość lapsusów jakie ta kobieta wypowiada, bo jak widać, że im dalej w las ona brnie i im o więcej drzew się potyka, to poparcie społeczne dla niej utrzymuje się na mniej więcej stałym poziomie.
Może jednak być i tak, że gdy zacznie zauważalnie spadać, faworytem sił, które teraz za Kidawą stoją stanie się Szymon Hołownia, choć niewykluczone, że będzie on alternatywą dla wyboru PiS-u a to dlatego, że stoi za nim Michał Kobosko, który współpracował swego czasu z Adamem Michnikiem oraz był uczestnikiem amerykańskiego Think-tanku pn. Rada Atlantycka. Hołownię popierają również Jacek Cichocki, swego czasu m.in. szef MSW (2013-2015).
W wyścigu do Belwederu udział weźmie minister ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz, posiadający 100% zdolność koalicyjną oraz Biedroń – kandydat lewicy.
Jedynym (póki co) kandydatem prawicy a jedynym Konfederacji został Krzysztof Bosak, który w prawyborach na ostatniej prostej wyprzedził rzutem na taśmę Grzegorza Brauna. On z pewnością nie jest maskotką żadnych mediów, a zwłaszcza mediów reżymowych.
Tyle że Konfederacja nie pasuje do pozostałych ugrupowań parlamentarnych bo nie obiecuje wydawania nie swoich pieniędzy a pozostawienie ich w kieszeni obywateli no i żaden bank nie udzieli kredytu 600 tys. zł na kampanię Krzysztofa Bosaka.

Co po ZUS-ie?
Jak pamiętamy w 2008 r. Sąd Najwyższy orzekł, że środki zgromadzone w OFE stanowią „fundusze publiczne”, dzięki czemu rząd premiera Tuska przejął połowę pieniędzy tam zgromadzonych, a rząd premiera Morawieckiego przejmuje właśnie resztę, pobierając przy okazji 15-procentową „opłatę przekształceniową”, z czego spodziewa się około 20 miliardów złotych wpływów budżetowych. I to m.in. jest podstawą obecnego sukcesu tzw. równowagi budżetowej, która została uzyskana dzięki jednorazowemu zaksięgowaniu na 2020 rok tzw. „opłaty przekształceniowej”, to znaczy haraczu, jaki rząd pobierze tytułem zamiany kont w otwartych funduszach emerytalnych na Indywidualne Konta Emerytalne. No ale co potem?
I tu nie zaszkodzi powtórzyć raz jeszcze. Praca na etacie obciążona jest składką na ZUS, która natychmiast jest przekazywana na bieżące emerytury. To stary pomysł kanclerza Bismarcka zwany umową społeczną, wg której pokolenie w wieku produkcyjnym pracuje na aktualnych emerytur. System mógł się sprawdzać gdy osób płacących składki było więcej niż pobierających świadczenia, co, jak wiadomo, już nie istnieje, bo nie tylko rodzi się mniej dzieci, ale właśnie z powodu wysokich kosztów pracy, młodzi wyjeżdżają za granicę i tam zasilają tamtejszych emerytów. Co gorsza, są u nas całe grupy zawodowe składek na ZUS nie płacących, jak sędziowie, prokuratorzy, wojskowi.
Rząd ubruttowiając emerytury uzyskał dwa efekty: 1/ zwiększył budżet emerytalny i 2/ wzrosły wpływy podatkowe. Idąc tym torem nasuwają się dwa wnioski. Skoro ZUS jest najbardziej efektywnym poborcą podatkowym, można obciążyć go dodatkowymi zadaniami, likwidując tym samym urzędy skarbowe. To na dziś. Na przyszłość wprowadzić trzeba będzie tzw. emerytury obywatelskie, równe dla wszystkich co do wysokości wypłacanych świadczeń przy jednoczesnej likwidacji ZUS-u jako zbędnego pośrednika. Bo obecny system na dłuższą metę jest nie do utrzymania.

Kalibabkizm polityczny
Tytuł pochodzi od zmarłego rok temu nazwiska Jerzego Kalibabki, znanego też jako Tulipan od tytułu filmu jaki mu poświęcono. Jak pamiętamy, był to facet z podstawowym wykształceniem, syn rybaka z Dziwnowa, który wyspecjalizował się w uwodzeniu a następnie okradaniu kobiet, rzecz jasna zamożnych. Jego credo życiowe to: „Jestem najprzystojniejszy w tym kraju i nie ma potrzeby, abym niszczył sobie ręce; tylko chamy i motory pracują.” Ostatecznie wpadł i część życia spędził w więzieniu, ale nie o to chodzi.
Kalibabka niewiele odbiega od klasycznego oszusta matrymonialnego, czy łowcy posagów, a różnił się tym, że od wielu znanych w historii uwodzicieli był po prostu głupszy. Wykorzystywany przez niego mechanizm był prosty: przed ofiarą roztaczał wizje świetlanej przyszłości, w którą ta z ochotą wierzyła, po czym następowało przebudzenie z ręką w nocniku; za iluzje trzeba zawsze płacić. Bo też i ofiara miała jakieś deficyty, jakieś wizje oderwane od rzeczywistości, które on wykorzystywał odpowiednio grając na emocjach. Tak jest na etapie zwyczajnego życia. Przejdźmy na szczebel wyższy, czyli na politykę, gdzie obowiązują te same mechanizmy uwodzenia, zwłaszcza w demokracji. Kandydaci na naszych umiłowanych przywódców prześcigają się w obietnicach przychylania nam nieba, tworząc pociągające dla wielu wizje, a jeżeli nie nieba, to łatwego, miłego życia, na nasz koszt, rzecz jasna i, co najdziwniejsze, uzyskują poparcie. Bo nie chodzi nawet już o to, że za spełnienie obietnic przyjdzie nam słono zapłacić, ale że nowa klasa polityczna będzie żyła na nasz koszt. Pomyliłem się, nie tylko nowa, ale i stara, bo zasada: my nie ruszamy waszych, wy nie ruszycie naszych, ciągle obowiązuje.
Na swoje nieszczęście Kalibabka żył w czasach komuny, kiedy to demokracji w obecnym wydaniu nie było. Gdyby urodził się kilkadziesiąt lat później, mógłby dziś, zamiast okradać kobiety, zostać politykiem, jak agent Tomek na przykład. Bo idea lewicy do tego się sprowadza: Jesteśmy naj..... w tym kraju i nie ma potrzeby, abyśmy niszczyli sobie ręce; tylko chamy i motory pracują.”

Koronawirus: stan wojenny kuchennymi drzwiami?
Grzegorz Braun jako pierwszy ostrzegł, że pod pretekstem zagrożenia koronawirusem kuchennymi drzwiami wprowadza się stan wojenny i nie chodzi o wojnę na poziomie zdrowotnym, lecz o spec ustawę mającą nas przed nim chronić. Podejrzenia budzi sam fakt drastyczności przepisów w stosunku do zagrożenia, które jest bardziej medialne niż rzeczywiste. Objawy koronawirusa przypominają zwykłe przeziębienie i dzieci i młodzież mogą go przejść bezobjawowo. Groźne są powikłania w postaci np. zapalenia płuc, groźne dla osób starszych, ale dla nich każde powikłania są groźne.
Ustawa wprowadza na podstawie samego tylko podejrzenia przymus leczenia, przymusowej kwarantanny, hospitalizacji, izolacji, szczepień. Listę chorób w drodze rozporządzenie będzie mógł ustalić minister zdrowia. „Głównodowodzącym” w przypadku zagrożenia będzie Główny Inspektor Sanitarny, czyli pan Pinkas i on też będzie miał wpływ na siły zbrojne.
Posłom Konfederacji udało się utrącić art. 13, mówiący o tym, że skarb państwa nie będzie ponosił odpowiedzialności, także materialnej, za skutki leczenia, np. za skutki szczepień. Poza tym 400 posłów głównie KO-PiS głosowało za, Konfederacja przeciw, a 7 posłów z Kukiz’15 wstrzymało się od głosu.
Co nam przypomina widok znajomy ten? Ustawę o psychuszkach w Związku Radzieckim, w których zamykano ludzi podejrzanych o schizofrenię bezobjawową na czas nieokreślony tylko dlatego, że nie podobał im się ustrój. Przepisy naszej ustawy dają taką samą możliwość na podstawie samego podejrzenia zagrożenia, a to daje zbyt daleko idące pole do interpretacji tego, co to oznacza. Podejrzenie można mieć zawsze i wobec każdego, a zwłaszcza wobec osób z różnych względów niewygodnych. A gdyby komuś i tego było mało dodam, że osoby izolowane, tak jak te wcześniej zamkniętych w psychuszkach, nie mają żadnych praw, nawet takich, jakie mają więźniowie.
Ale, ale. Okazuje się, że nasza spec ustawa jest częścią większej całości, jakiegoś globalnego planu. Oto w Italii odcięto od świata cały region – Lombardię, jakieś 16 milionów ludzi i to bez użycia siły. Można? Można, wystarczy odpowiednia propaganda, trochę straszenia i gry na emocjach aby ludzie dobrowolnie dali się zapędzić do zagrody jak barany. Kwestią jest, czy to tylko taka przesadna reakcja na zwykły bądź co bądź wirus, czy też część jakiegoś planu. np. czy to próba generalna przed czymś poważniejszym, np. krachem gospodarczym, który wszystko przenicuje, a zwłaszcza system państwa opiekuńczego, gwarancje emerytalne, itp. Koronawirusa bowiem można użyć do wszystkiego.

Wydania: