A co tam w Różanym Dworze …
A co tam w Różanym Dworze... Słowo o bezdomności, o tych co niewidzialni i o tym aby czujnym być i uważnym by zdążyć z pomocą drugiemu człowiekowi
Śniegi, mrozy, a w ogrodzie zimowym Chochoły różane i wiatr przyniosły opowieść o tych żyjących pośród nas, a niewidzialnych.
Najpierw śnieżyło. Białe płatki, lekko osiadały na krzewach róż w ogrodzie, tuląc je jakby do snu zimowego. Później nadeszły siarczyste mrozy. Otuliłam rododendrony i krzewy różane. Ptakom rozsypałam karmę.
A później, to już tylko w noc mroźną, wysoką patrzyłam ku gwiazdom na ciemnym niebie. A zdało mi się, że i gwiazdy patrzą na nas i na nasze tu na ziemi bytowanie.
We dworze ciepło i tylko te myśli niespokojne o tych co na mrozie pozostali. Bez swej woli, w zimie i niedostatku. Jakby zapomniani przez świat cały. A przecież jak śpiewał Bułat Okudżawa – Dopóki Ziemia kręci się...
Tak, tak, w telewizji poprawiamy sobie samopoczucie, bo oto przecież noclegownie i ciepła odzież dla bezdomnych i autobusy rozwożące gorącą zupę i paczki. Rozgrzeszenie z winy. Bowiem, gdzieś tam, ktoś inny myśli i działa. Tak, nie byliśmy przy tym, nie widzieliśmy, ale przecież słyszeliśmy. I tu rzec chciałam Państwu coś ważnego... A to, że nie uszy tylko oczy prawdę niosą. Tylko oczy i jeszcze serce. Słuch myli, na manowce nieprawdy wiedzie. To fałszywa projekcja, gdy słuch tylko swoją prawdę nam niesie. Oczy i serce. Rozum i empatia, sprawią, że zrozumiemy i pojmiemy prawdę o bezdomnych. O tych tysiącach niewidzialnych ludzi, skrytych i zawstydzonych nieszczęściem swoim. O tych co z dróg naszych schodzą niepostrzeżenie. Ujrzyjmy ich i tę niedolę, a starajmy się tak pomóc, jakbyśmy to my byli niewidzialni ... „Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu” /Ewangelia wg św. Mateusza 1,3,4/.
A gdy słyszymy w radio i telewizji o miejscach noclegowych, to pamiętajmy, że obok nocy ludzi stłoczonych w pomieszczeniach pomiędzy braćmi w niedoli, nadchodzi też dzień. Dzień, który ludzie ci spędzają na mrozie, w śniegu, deszczu i niepogodzie. Pamiętajmy, że po talerzu gorącej zupy trzymanej czarnymi, zmarzniętymi dłońmi, nadchodzi czas odejścia w pustkę ulicy z jakąś paczką czy ciepłym swetrem. To taka wielka samotność pomiędzy ludźmi. Pamiętajmy... myślmy. Nie zapominajmy. A wtedy, gdy w myślach, to umysł nasz przywoła dobre rozwiązania i ratunek. Pomóżmy nie jednorazowo, a codziennie, troszcząc się i myśląc o nich. Pomóżmy prawdziwie, tworząc domy pobytu dziennego i nocnego. Miejsca czyste, ciepłe i przyjazne. Bowiem pomoc ta... to egzamin z naszego człowieczeństwa.
W 2015 roku napisałam powieść Żebrak i Pies. I pomyślcie Państwo, że zmienia się nasza rzeczywistość, rządy i ustroje, a biedak ów nieszczęsny pozostaje biedakiem.
Fragment powieści Żebrak i Pies:
… I patrzcie uważnie na innych ludzi i ich sprawy, a oczom waszym ukażą się historie i opowieści prawdziwe. Bądźcie wtedy czujni, aby dostrzec ten szczególny moment w którym jeden człowiek może jeszcze pomóc drugiemu człowiekowi …
Żebrak
I powstawały i upadały rządy
kwitły i gasły rewolucje
zmieniali się Prezydenci i granice
a Żebrak pozostał Żebrakiem
jak posąg ludzkiego
Niemiłosierdzia
/Monika Maciejczyk/
Polecam Państwu piosenkę POGRZEB BIEDAKA jako jedną z prawd, których doświadczyłam, bowiem znałam tego człowieka, który przed laty żył pośród nas.
YOUTUBE Monika Maciejczyk tekst, muzyka Cezary Stawski
POGRZEB BIEDAKA
https://youtu.be/7yUjDVpzgHo
Polecam też Państwu jeden z rozdziałów mojej książki – Żebrak i Pies pod tytułem: Leonardo i teoria spadania, pragnąc powiedzieć, że wśród ludzi bezdomnych znaleźć możemy przedstawicieli wszystkich niemal zawodów na tej ziemi. Bowiem nigdy i nikt nie wie co złego może mu się w życiu przydarzyć i co jest... za zakrętem.
Rozdział XXX
Leonardo i teoria spadania
Był ci tam w noclegowni jeden Leonardo ze wsi Dawici. Ten to ci dopiero był mądrala. Podobnież dawnymi czasy profesorem wielkim był ale i tak nikt w to nie wierzył. Po tragicznej śmierci Filozofa wielki swój krzyż Antonio nosił, jako że zdało mu się, że już nikt inny na całym świecie go nie zrozumie. Powoli oswajał się ze stratą. Dzień po dniu.
Odludkiem się stawał o ile to w tak wielkim i różnorodnym zbiorowisku ludzkim było w ogóle możliwe. Czas jednak powoli goi rany... nawet te najbardziej bolesne, a chęć przetrwania w tak trudnych warunkach zmusiła Antonia do walki o każdy kęs pożywienia, do walki o przeżycie. Myślał o nieżyjącym przyjacielu w dzień i w nocy. Przechowywał w pamięci wspólne chwile i tę bliskość, która sprawiała że życie żebracze znośne się stało i jakieś takie bardziej zacne. Nabrało sensu i wartości, a godziny nocnych opowieści głęboko zapadły w duszę Antonia. Mijały dni i tygodnie, a Antonio począł szukać choćby namiastki tego co utracił. Toteż lgnąć począł swoją serdecznością do pewnego starca o imieniu Leonardo.
W noclegowni przezywano go profesorem, a on słysząc to bardzo się złościł. I tak to się stało, że gdy inni poznali jego czuły punkt, to grać mu poczęli na nerwach do woli. A nieszczęśnik ów już na zawsze stał się profesorem. Leonardo pochodził z krainy jezior z malowniczej wsi o wdzięcznej nazwie Dawici, położonej nad przeczystym jeziorem o piaszczystym dnie i brzegach okolonych wieńcem zielonych tataraków. Bajał historie przedziwne i być może nawet nieprawdziwe o rusałkach co we mgłach toną, o skrzatach złośnikach i zwierzętach co dusze ludzkie mają. Już bardziej po prawdzie gawędził o rakach w dnie piaszczystym schowanych i o tysiącach srebrnych rybek lśniących w toni czystej, o rybakach i leśnikach... a Antonio słuchać lubił to i przylgnął do staruszka. Leonardo zajął pryczę po Filozofie i bardzo jej pilnował. W czas; jak to powiadał; przychodził przed noclegownię, co oznaczać miało, że wcześniej niż inni. Mył się naprędce i właził pod koce, uprzednio powiesiwszy uprane, nieco dziurawe skarpety na drążkach łóżka od strony okna. Tak aby nie były widoczne i aby nikt jak to mawiał nie czepiał się po próżnicy. A później bajał dziadunio o wszystkich sprawach świata. Pytał czasem Antonio o tą profesurę, a dziadek nic to nie chciał o tym prawić. Chociaż dnia jednego prawdę rzekł, tak od niechcenia jakby mu się wymskła. A to, że był i już nie jest... i koniec kropka... gadać o tym nie będziem. I kwita. Ucieszył się Antonio z nowej swojej przyjaźni bo w pamięci miał stare porzekadło, że lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć.
A zdawało się Antonio, że Leonardo jest geniuszem. Takim nieodkrytym diamentem albo jak kto woli... perłą pośród graciarni ludzkiej. Pośród tych wszystkich rozbitków życiowych Leonardo z tą swoją duszą i umysłem mądrym i szlachetnym zdawał się Antoniemu kimś z obcej planety. Trochę się nawet bał go, gdy ten prawił o kosmosie i jego głębiach niepoznanych. O, chociażby taka teoria spadania. Bo widzisz Antonio – prawił Leonardo, to jest tak, że zdaje ci się, że spadasz, a lecisz bracie w górę z diablo ogromną prędkością. Spadasz, bo to prawda w twoim czasie i przestrzeni i na twojej planecie. Lecisz w dół według siły prawa grawitacji ale twój cały układ planetarny, twoja galaktyka, zapierdziela w całkiem innym kierunku... jak szalona. A mianowicie ku górze… w nieznane. I popatrz, to jakby tak nałożyć wektory sił spadania, to i analogicznie ruch i kierunek jest względny, a więc wywodząc że ruch jest względny, a antycypując, można z tego wywieść prawo analogiczności systemów i wzorów matematycznych wszelkich praw fizycznych przynależnych układom jedności poszczególnych zbiorów czasu i przestrzeni. W innych zbiorach może być całkiem inaczej ale też w ramach ich spójności matematycznej działa prawo analogiczne. A więc, nie martw się bo nie zawsze spadanie, spadaniem jest w stosunku nawet do ruchu, kierunku i odległości nawet w wymiarze jednego tylko zbioru współrzędnych czasu i przestrzeni. Ot, co! – ożywiony zakrzyknął Leonardo. Z uśpionej już sali dał się słyszeć donośny głos – Waryjot... cicho tam, bo zajomie butem! Leonardo otrząsnął się z obrzydzeniem... i kontynuował. A więc lecisz Antonio razem z tym międzygwiezdnym systemem planetarnym wpisany tam jak pająk w pajęczynę. To nic, bo nawet jak ci się nóżka omsknie – to pryszcz jeno, bo i tak jako ta rakieta w górę zapierdzielasz ku Wieczności. I lecąc tak – owa galaktyka, jak jakiś smród powietrza natrafi, znaczy się takie morowe powietrze... a mus to mus i przelecieć musi, to wtedy czasy złe nadchodzą. I widzisz Antonio, wszystko wytłumaczenie swoje ma. Stąd biorą się w historii świata czasy dobre i czasy złe. I to, że leci z tym międzygwiezdnym systemem planetarnym wysoko, wysoko ku Niebu dodało Antoniemu sił i otuchy. Bo poprzez względność rzeczy pojął, że jego spadanie niżej i coraz to niżej... może być według tej teorii, jak nic... wielką windą do Nieba. Z głębin sali zaryczał donośny głos – Waryjot, cicho bo butem zajomie... i nerwy puściły temu tam Wiktorowi z pryczy przy kaloryferze, a w powietrzu dał się słyszeć krótki świst ciężkiego buta, który na szczęście nie trafił Antonia i Leonarda w nachylone ku sobie głowy jeno trzasgutnął w ścianę pakamery. Po czym zaległa cisza jak makiem zasiał, przerywana rumorem w ciemnościach czynionym przez Wiktora po omacku szukającego swojego buta. I widzi pani – rzekł Antonio, – Mkniemy zawieszeni w wielkiej strukturze gwiazd i planet, gdzie każden jeden ma swoje miejsce – zamyślił się Antonio. – Każdy jeden, każdy jeden, Antonio – napomknęłam. – No przecie mówię, że każden jeden. I wyniósł z tego Antonio jedną naukę, że nic to, że spadasz na samo dno, bo inszy, większy system zapierdziela z tobą do... samego Nieba. Westchnął aż po dno duszy człowieczej i... zasnął. Dnia któregoś nie zjawił się Leonardo. I słuch po nim zaginął. Mówiło się w noclegowni między starymi kamratami, że w dzień mroźny, popołudniem, zanim otworzono noclegownię – zamarzł gdzieś w parku pod mostem. Inni powiadali, że zapił się w bramie na śmierć denaturatem. Podobno widziano jak cieć go przegonił na mróz; tam upadł, a ciało zabrała z ulicy karetka.
Uwierzono, bowiem znano tu temat, wiedząc, że w czas mroźny aby dzień poza budynkiem przetrzymać trzeba było wypić... rozgrzać członki i duszę aby śmierć odgonić. Przepędzić na cztery wiatry. I w to święcie uwierzono.