Skrzynka. Piłka
Ostatnio sen z powiek spędzają mi moje dwie skrzynki: rattanowa z pelargoniami, zdobiąca balkon oraz mailowa. Pierwszą zaatakowała mszyca. Co do drugiej, jeszcze nikt jej nie zaatakował, ale czuję, że to tylko kwestia czasu, jak jakiś haker o ksywie, dajmy na to: „Iwan Groźny”, zajmie się moją mailową skrzynką – siejąc chaos i dezinformację.
Jeżeli chodzi o skrzynkę ogrodową, to sprawa jest tu prosta, choć mało ekologiczna. Trzeba będzie mszyce potraktować chemicznym środkiem i po sprawie. Ale w temacie skrzynki mailowej, już tak prosto nie będzie. Potraktowanie bowiem „Iwana Groźnego” chemikaliami, byłoby, jakby na to nie patrzeć – zbrodnią. Włączyłaby się tutaj zapewne Rada Praw Człowieka ONZ, no i miałabym duży problem. Jednakże, gdyby spojrzeć na to z innej strony, powiedzmy, że „Iwan Groźny” to nie osoba a forma cybernetyczna, to… ale może za daleko się posuwam. Skupię się zatem na samym problemie hipotetycznego cyberataku na moją skrzynkę mailową. Zapewne Szanowni Czytelnicy zastanawiają się, po jakie licho tak histeryzuję. Kto i przede wszystkim: po co, chciałby mieć wgląd w moją korespondencję i na dodatek w niej mieszać? Cóż, oczywiście, że nie jestem politykiem i nie dysponuję poufnymi informacjami natury państwowej. Jednakże, bądźmy szczerzy, jestem osobą publiczną i tą całkiem rozpoznawalną, która też jakieś tam informacje posiada (no nie tak poufne, rzecz jasna). To co myślę, może być dla „obcych służb” nie lada kąskiem. Po przerobieniu moich wynurzeń, które skreśliłam w mailu, do na przykład mojego wydawcy, może powstać naprawdę mocny tekst. Przykładowo: informuję wydawcę, że bohaterka mojej najnowszej powieści to feministka, której obce są konwenanse. Na pierwszy rzut oka, niby nic takiego, ale po przerobieniu przez „Iwana Groźnego” może powstać informacja, która wstrząśnie opinią publiczną, gdy wycieknie, a brzmieć będzie tak: bohaterka mojej najnowszej powieści to seksualnie bliżej nieokreślona postać (czyt. więcej niż jedna tożsamość płciowa), emancypantka (czyt. popierająca ruchy społeczne, polityczne i ideologie). Dosłownie strach się bać, gdy pomyślę o możliwych reperkusjach, jakie mogłyby mnie dotknąć po takim „wycieku”, zwłaszcza przy obecnym postrzeganiu seksualności przez obóz rządzący. Jak na razie jednak „Iwan Groźny” się nie uaktywnił, więc nie ma co gdybać. Najlepiej pomyśleć o czymś co rozweseli i pozwoli zapomnieć o problemach. Pomyślę zatem o piłce nożnej, bo ta zawsze mnie bawiła. Właśnie trwa Euro 2020. Kibice świętują na całego, zdzierają gardła dopingując swoje drużyny i powiększają swój „piwny mięsień”, delektując się złotym trunkiem z pianką w zdecydowanym nadmiarze. Rzecz jasna i Polacy szaleją, wierząc w sukces ich drużyny. Swoją drogą, ten optymizm jest taki rozczulający i godny pochwały. Zapewne narażę się teraz kibicom, ale powiem wprost: Polska nie ma drużyny. Każdy z piłkarzy (no prawie każdy) jest dobry indywidualnie. Razem tworzą nie trzymającą się kupy masę, którą próbowało zlepić bez powodzenia już tylu trenerów. Może i któremuś by się wreszcie udało tego wyczynu dokonać, jednakże uniemożliwiają to władze PZPN, które po każdej porażce czym prędzej wymieniają trenera, jakby to miało być lekiem na sukces. Wracając jednak do samych mistrzostw, budzi we mnie rozbawienie, gdy obserwuję przy każdych mistrzostwach ten sam scenariusz: wielki balon oczekiwań, który pęka wraz z pierwszym przegranym meczem naszej reprezentacji. Rzesza kanapowych speców od piłki nożnej, uaktywnia się w mediach, spekuluje, główkuje etc. Gdy tymczasem od lat jest tak samo: mecz otwarcia, o wszystko i o honor. O czym zatem tu dyskutować? Zaskoczę Szanownych Czytelników i powiem, że tym razem jest o czym dyskutować. Ho, ho, ho i to jak jeszcze. Otóż nasza reprezentacja, a konkretnie reprezentacja kibiców przestraszyła Rosjan. Jak podał portal Gazeta.ru, sztab do spraw bezpieczeństwa w komitecie organizacyjnym rosyjskiej części ME 2021 uznał za główne zagrożenie kibiców polskiej reprezentacji. Toż to wydarzenie bez precedensu. Już wygraliśmy te mistrzostwa!