Tors. Elity
Piszę ten felieton, na krótko przed drugą turą wyborów prezydenckich we Francji. Ubiegający się o głosy obywateli kandydaci, właśnie znaleźli się na ostatniej prostej i zrobiło się gorąco – i to w sensie dosłownym, Szanowni Czytelnicy! Wszystko za sprawą ubiegającego się o reelekcję prezydenta Francji Emmanuela Macron, który postanowił postawić w kampanii na walory swojej męskości (niewątpliwie je ma, oj ma) i odsłonić przed wyborcami swój tors – o lala, jak mawiają Francuzi.
Sztab wyborczy prezydenta Macron robi wszystko, by polityk wygrał drugą turę wyborów prezydenckich i zachował stanowisko – postanowił, więc nieco ocieplić wizerunek prezydenta. Ocieplanie przeszło najśmielsze oczekiwania i mamy można rzec nie ocieplenie, ale istny gorąc. Ad rem: fotograf prezydenta opublikował w mediach społecznościowych zdjęcie, które rozgrzało do czerwoności – przedstawia francuskiego przywódcę, który usadowiwszy się wygodnie na skórzanej kanapie cieszy się szampańskim nastrojem, jest mu do tego stopnia „szampańsko”, że rozpiął kilka guzików śnieżnobiałej koszuli, ukazując (jakby trochę niedbale) swój imponująco owłosiony tors. Och ci Francuzi! Przyjęło się, że francuscy mężczyźni uwodzą przede wszystkim słowami. Jak widać, prezydent poszedł o krok dalej i uwodzi elektorat mową swojego torsu. Prezydent i jego tors wywołali – co nikogo nie dziwi – poruszenie. Jedni są zachwyceni, inni zniesmaczeni, jeszcze inni nie mają na ten temat zdania. Osobiście uważam, że włączenie się prezydenckiego torsu w kampanię jest rzeczą naturalną, bądź co bądź ów tors jest częścią prezydenta. Prezydent bez torsu byłby prezydentem niepełnym. Można jedynie dyskutować nad tym czy ów tors jest torsem estetycznym. Znani piłkarze, aktorzy, celebryci odsłaniają zazwyczaj torsy bez ani jednego włoska. Prezydencki tors to istna gęstwina. Rodzi się zatem pytanie: czy prezydent w ten sposób przesyła wiadomość swoim wyborcom, że stawia na naturalność? A jeżeli stawia na naturalność to we wszystkim, czy tylko w kwestii torsu? A może w ten sposób prezydent odcina się od świata elit show biznesu, dając do zrozumienia, że tors elity politycznej się nie goli? Ot, i mamy zagwozdkę. No, ale to już problem Francuzów. Zostawmy zatem prezydencki tors w spokoju i zajmijmy się naszymi rodzimymi elitami, które mają większy problem niż tors – okazuje się, że za nimi nie przepadamy, a elity polityczne już w ogóle nas irytują – wskazuje tak sondaż IBRiS. 54 proc. ankietowanych zapytanych o słowo „elity” odpowiedziało, że ma z nim negatywne skojarzenia. Jeszcze gorzej jest w temacie „elit politycznych” – jak wynika z sondażu, tutaj ponad 77 proc. ankietowanych ma z nim złe skojarzenia.
Wyniki sondażu są trzeba przyznać ciekawe, bo biorący w nich udział ankietowani także do jakiejś elity się przecież zaliczają. Wnioskować więc należy, że albo się jednak nie zaliczają, albo się zaliczają i o tym nie wiedzą, albo też wiedzą i takie właśnie mają zdanie. Co do trzeciej opcji, scenariusz jest wielce prawdopodobny, bo jak pokazują inne badania – Polacy nie lubią siebie jako zbiorowości. Ale to już temat na inny felieton. W czym zatem tkwi tajemnica takiej niechęci do elit? Ano
w samych elitach, z którymi obecnie mamy problem. Mówiąc wprost: przeżywamy kryzys elit. Elity na przestrzeni lat ewoluowały trącane wiatrem kulturalnych, społecznych i politycznych zawirowań, by ostatecznie obrać kształt daleki od pierwotnego, w którym to budowały swój autorytet długo i cierpliwie, w oparciu o naukę, wiedzę i aksjologiczne kodeksy. Zapracowywały sobie na szacunek i uznanie, posiadając odpowiednie talenty, umiejętności i zasady. Obecna elita ponad wszystko czci pieniądz, za miernik wartości człowieka uznaje wyłącznie sukces mierzony popularnością w mediach społecznościowych i ilością laików. No nie sposób nie nabrać awersji.