Opowiadanie - OGRÓD

Autor: 
Zbigniew Czyszczoń
027.jpg

Zawsze marzyłem o kawału ziemi, na której rosłaby tylko trawa w otoczeniu pięknych kolorowych krzewów i kwiatów. Żadnych pietruszek, marchwi i sałaty. Żadnego plewienia i wyrywania jednego życia dla innego, chociaż nikt nie potrafi powiedzieć, które jest ważniejsze. Wreszcie się doczekałem. Gdy pierwszy raz wszedłem do swojego ogrodu, to czułem się tak jakbym przekroczył bramy raju. Ogrodowego raju. Te kolory, od żółci do błękitu poprzetykane nitkami brązu zauroczyły mnie. Gdy pewnego dnia już kolejny raz szedłem do tego swojego raju, mijając jak co dzień, inne prywatne niebiańskie ogrody, bo tak traktowali je użytkownicy trzystu lub czterystu metrów kwadratowych ziemi zamkniętej w okowach płotu, zatrzymałem się przed dziwnym ogrodem. Nie wiem dlaczego wydawał mi się dziwny. Może dlatego, że sąsiadował tylko z jednym ogrodem, a z trzech stron otoczony był gęstym żywopłotem dosyć wysokim, aby zasłonić przed ciekawskimi swoje nasadzenia, a może jeszcze coś innego. Coś kazało mi zobaczyć to, co znajdowało się poza tym ogrodzeniem, tylko nie mogłem sprecyzować jaka siła kazała mi to zrobić. W końcu zgodziłem się ze sobą, że to chyba intuicja. Długo wpatrywałem się, wyciągając szyję, ponad żywopłotem, aby zobaczyć co się za nim kryje. Niestety, płot zasłaniał wszystko to, co znajdowało się wewnątrz. Nawet bramka była zarośnięta jakąś roślinnością tak gęstą, że niewiele można było przez nią dostrzec. Codziennie próbowałem przebić się wzrokiem przez ten zielony mur ale niestety, strzegł on zazdrośnie swojej tajemnicy. Pewnego dnia gdy zapadła już majowa ciemność, znalazłem się znów obok tego tajemniczego ogrodu. Przez zielony mur dostrzegłem szereg świetlistych punktów, tak jakby ktoś rozsypał gwiazdy na niewielkiej przestrzeni. Wspiąłem się na palcach najwyżej jak tylko mogłem i zajrzałem w głąb ogrodu. Już po chwili moje oczy zrobiły się wielkie ze zdumienia, gdy zobaczyły to co się tam znajdowało. Cały ogród był pokryty różnokolorowymi kwiatami, które mimo mroku mieniły się wieloma barwami. Sprawiły to różnej wielkości lampki solarne, które wplecione w kwiaty tworzyły jedno wielkie migające serce. To było coś wspaniałego, serce utworzone z kwiatów i świateł. Stałem zafascynowany tym widokiem, myśląc z podziwem o jego architekcie. W tym momencie, mój ogrodowy raj okazał się tylko skromnym ogródkiem czekającym na artystę ogrodnika. Od tego pamiętnego dla mnie dnia swoje kroki kierowałem codziennie w tę alejkę, chociaż nie była to droga do mojego ogrodu. Po kilku dniach obserwacji doszedłem do wniosku, że ten piękny ogród utrzymuje się chyba sam, bez ingerencji człowieka, gdyż ani razu nie spotkałem tam żadnej postaci. Ani mężczyzny, ani kobiety i nikogo, kto pielęgnowałby to wspaniałe dzieło ogrodowe. Gdy któregoś dnia zasiedziałem się w swoim „raju” przycinając gałęzie z ogromnego orzechowca, całkowicie bezpłodnego, postanowiłem zajrzeć do prawdziwego ogrodowego raju, mając nadzieję na spotkanie twórcy tego żywego dzieła. Dzień był długi, gwiazdy nie spieszyły się do wędrówki po niebie, a ja wchłaniałem wieczorną ciszę i spacerkiem zbliżyłem się do bardzo tajemniczego ogrodu. Stanąłem przed żywopłotem i wytężyłem wzrok. Gdy spojrzałem ponad nim unosząc głowę, ujrzałem ten sam co ostatnio obraz. To mieniące się wieloma kolorami kwiaty i światła splecione ze sobą tworzące – i w tym momencie zamarłem, nie jedno ale dwa serca przylegające do siebie. Nie dostrzegłem żadnego ruchu, nie dostrzegłem żadnej osoby. - Cóż to ma znaczyć? – zastanawiałem się. Ogród bez ogrodnika, to tak jakby samochód jechał bez kierowcy, bo przecież ten ogród był cały czas w ruchu. Tam kwiaty i krzewy dojrzewały, kwitły i mieniły się wieloma barwami, a co było zaskakujące – one żyły. Gdy tak stojąc zastanawiałem się, po co ten ktoś ukrywa tak piękny ogród, usłyszałem rozmowę, tak mi się przynajmniej wydawało. Zdziwiłem się, bo słychać było tylko jeden cichy ale wyraźny głos mężczyzny – Dobrze kochanie, tak zrobię jak sobie życzysz, ten kwiat przesadzę w to miejsce, które wskazałaś. Nasłuchiwałem, ale zapadła cisza. Dopiero po chwili ten sam głos męski dodał – wydaje mi się, że powinnaś być zadowolona. Odchodziłem spod żywopłotu zażenowany i zawstydzony. Przecież podsłuchałem intymną rozmowę dwojga ludzi. Tłumaczyłem się przed sobą, że nie taki zamiar miałem, bowiem chciałem tylko spytać właściciela ogrodu o fachowe rady ogrodnika. Po tygodniu ciekawość moja stała się coraz większa. Miałem już obsesję na punkcie tego tajemniczego miejsca, i postanowiłem dociec, co tam się dzieje. Gdy pytałem właścicieli sąsiadującego ogródka, to odpowiadali, że są tak jak ja zdziwieni, bo nie widzieli nikogo, kto poruszałby się w tym ogrodzie, zresztą oddzieleni też wysokim zielonym płotem. Ta informacja jeszcze bardziej pobudziła moją wyobraźnię. Ponieważ mam naturę dociekliwą i upartą, to postanowiłem tę zagadkę wyjaśnić. Minęła północ którejś letniej nocy, gwiazdy harcowały po niebie, a ogródki spały szczęśliwym snem odurzone zapachem kwiatów, gdy powoli, skradając się jak detektyw, stanąłem przed żywopłotem tego tajemniczego ogrodu i wytężyłem wzrok oparty o kłujące krzewy ogrodzenia prawie wspinając się na to niestabilne oparcie. Wytężyłem wzrok zauroczony tętniącymi kolorami i ku mojemu zaskoczeniu, połączonych już i splecionych dwóch serc. Wtedy o mało nie krzyknąłem – widzę cię. Milczałem jednak nie chcąc się zdradzić, obserwując zarys postaci poruszającej się w ciemnościach wśród krzewów i wykonujących jakieś nieokreślone czynności przy krzewach. Gdy postać zatrzymała się przy przepięknych kwiatach rododendronów, ujrzałem postać mężczyzny z kapeluszem słomkowym na głowie, pieszczącego w milczeniu kwiaty tworzące barwne drgające serca i usłyszałem jego głos, miękki ciepły, pełen uczucia. - Tak kochanie, zrobię tak jak sobie życzysz. Poprawię tylko pozycje kwiatów i nie będę ich kaleczył. Usłyszałem znów tylko głos mężczyzny. Gdyby ktoś zobaczył moją zdziwioną minę, to albo by się przeraził, albo parsknął śmiechem. Uciekłem stamtąd jak najszybciej, nie chcąc zakłócać spokoju tego miejsca. Dziwne wydało się to, że mężczyzna pracuje w nocy i to w towarzystwie kobiety, zapewne swojej żony. Nie było to zachowanie normalne. Ale co to jest normalność, zastanawiałem się. Gdy ktoś mieszka samotnie w namiocie w głębi lasu przez dwa tygodnie, to też mogło by się wydawać zachowaniem nienormalnym, a dla mnie było tylko przygodą. Minęły dwa tygodnie od tego zdarzenia, o którym nie mogłem zapomnieć. Ja miałem wrażenie, że ten mężczyzna jest podobny do mnie. Jest tak jak ja – skryty i pełen tajemnic. Przestałem podchodzić do dziwnego ogrodu, nie chcąc być intruzem i podglądaczem, bo na pewno ludzie ci nie chcieli się z jakiegoś znanego tylko im powodu, ujawnić i pochwalić swoim rajem zamkniętym za szczelnie otaczającym zielonym murem.
Tego dnia padał deszcz. To nie była mżawka. To była ulewa, gdy duże krople deszczu deformowały płatki kwiatów i przygniatały zielone pędy krzewów. Byłem w swoim ogrodzie, chcąc ratować pięknie kwitnące hortensje, ale zrezygnowałem już po chwili, bo kwiaty uderzane przez wielkie krople, traciły swoje płatki i zwieszały smutnie swoje pęki. Zadumany nad smutnym losem moich krzewów i kwiatów skierowałem się tam, gdzie wiodła mnie ciekawość – do tajemniczego ogrodu. Zaskoczyło mnie, że bramka była otwarta. Stanąłem w niej i zamarłem. Przede mną paliły się nie tylko lampki solarne ale dziesiątki kolorowych zniczy, które tworzyły dwa połączone serca, w środku których stał mężczyzna w mokrym słomkowym kapeluszu, trzymając w rękach puchar, taki jaki otrzymują sportowcy. Chciałem uciec stamtąd, gdy mężczyzna nie zmieniając pozycji stojący tyłem do mnie, powiedział cicho – niech pan zostanie, proszę. Niewiele sytuacji potrafi mnie zaskoczyć, ale ta spowodowała przyspieszone bicie serca, które świadczyło, że zaraz wpadnę w panikę.
- Niech się pan nie boi. Nie jestem groźny. Jestem tylko smutny i kolejny raz prawie załamany. – Cóż się stało? – spytałem, gdyż w tym momencie poczułem sympatię do tego człowieka – czy mogę w czymś pomóc?
- Nie potrzebuję pomocy. Proszę popatrzeć na moje kwiaty. Są zniszczone, mimo że bardzo o nie dbałem. Właśnie dzisiaj zniszczył je deszcz, a ja obiecałem żonie, że będą piękne w naszą rocznicę. Pan jest świadkiem, że to nie moja wina. To deszcz, niespotykany w swojej obfitości właśnie dzisiaj, zniszczył to, co pielęgnowałem cały rok.
- Przepraszam – zacząłem jąkając się – powiedział pan, że obiecał żonie...zawiesiłem głos, niepewny swojego pytania.
- No tak, pan przecież nic nie wie. Ja miałem żonę, która utrzymywała ogród nadając mu niepowtarzalny urok i piękno. Była artystką ogrodu. Ona malowała ziemię kwiatami, żywymi kwiatami. Zawsze powtarzała, że póki żyć będą kwiaty, ona też będzie żyła. Niestety, długo chorowała i już wydawało się, że będzie zdrowa. Mężczyzna zawiesił głos – dokładnie rok temu pokonał ją covid. To ona ukształtowała kwiaty, które tworzyły nasze serca pełne miłości. Była najwspanialszą kobietą na świecie. Ale nie odeszła całkiem. Mężczyzna podniósł błyszczący srebrem puchar – jej część prochów zatrzymałem tutaj. Była kiedyś sportowcem i to jest jej trofeum. Jest teraz cały czas obok mnie – najczęściej nocą, gdy pracuję przy naszych kwiatach.
Mężczyzna zamilkł i zamyślił się, a ja chyłkiem, w strugach deszczu wycofałem się opuszczając ten tajemniczy, dziwny i jednocześnie wspaniały ogród.

Wydania: