Kto obejrzy, kto przeczyta? - czyli Mietek Kowalcze w cyklu tygodniowe lektury

Okazuje się się, że medialne informacje, cały ten informacyjny, celebrycki zgiełk od czasu do czasu ma dobrą stronę. Po Złotych Globach i po nominacjach do Oscarów ma się tę czytelniczą ochotę na sprawdzenie, na weryfikację tego, czy coś wartościowego literacko kryje się za scenariuszem "Zjawy". A sprawa okazuje się dość prosta - mamy przecież polskie tłumaczenie książki przygotowane przez Przemysława Hejmeja. Takie zestawienie książka-film to pierwszy powód sięgnięcia po nią w tym tygodniu, ale jest jeszcze i drugi: rozmawiamy ostatnio sporo na temat tego, co się stało z fabułą; że co książka to wielki tom, to kilkaset stron, to spory bryk? Dlaczego książki, te bardziej interesujące, te mniej zresztą również, są (znów) tak opasłe? Ale po kolei. Co wynika z zestawienia powieści Michaela Punke z filmem Alejandro Innaritu? Stronniczo i prostacko byłoby stwierdzić, że książka pozwala (bo tak jest) na dużo więcej interpretacyjnej swobody. To banalne, ponieważ tak jest zawsze, więc poprowadźmy ewentualnych "porównywaczy" przez kilka szczegółów, które ominą grzęskie oczywistości. Książka tego tygodnia to przedstawicielka tego nurtu w kulturze amerykańskiej, który z ogromnym powodzeniem i nie mniejszą częstotliwością uparcie buduje mit pionierski. To prawda, że coraz bardziej różnorodny, wypierający wiele stereotypów, mniej heroiczny, ale dzięki temu ciągle ważny, nośny, możliwy do zaakceptowania przez dzisiejszego odbiorcę. Tak na marginesie ta amerykańska konsekwencja i trwanie przy ojczyźnianych tematach wywołuje też ciągle odrobinę zdrowej zazdrości - czy my doczekamy się literackich/filmowych opowieści-sag o polskich pionierach? W różnych czasach i różnych miejscach Polski. Czy będą to książki Elżbiety Cherezińskiej, czy...? Dość dygresji. "Zjawa" to pełna napięcia i przygód opowieść o ludziach, którzy między wrześniem 1823 a majem 1824 roku wędrują u podnóża Gór Skalistych w poszukiwaniu zarobku. Ten zarobek to skóry upolowanych zwierząt jako że to okres boomu zapotrzebowania na ten produkt. Jak dzisiaj oceniamy polowania w takim celu, to problem do przemyślenia, my próbujemy podążać za sposobem widzenia świata kilku postaci, szczególnie zaś za bohaterem-herosem, czyli Hugh Glassem. Nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, zakręty o więcej niż 180 stopni, to te elementy biografii, które sprawiają, że trudno nie ulec fascynacji tak rozpisaną osobowością. Więc ulegamy. To, jaka jest motywacja do niezwykłej wędrówki, do chęci przeżycia, do wielokrotnego odnajdywania sensu w najgorszych momentach niech pozostanie (wybaczcie) tajemnicą. Zaręczam jedynie, że bardzo niejednoznaczny. Jeszcze jeden aspekt pozostaje ważny i to nie tylko dla tych, którzy sięgali albo sięgają po klasykę gatunku, czyli na przykład po Maya. Co mam na myśli? Pieczołowitość w prezentowaniu i w odtwarzaniu pomysłowych zachowań i technicznych rozwiązań, jakie pozwalają człowiekowi przetrwać w bardzo trudnym otoczeniu. A te opisy dziewiczych, dla białych, terenów bardzo bogatych przyrodniczo? Uczta. I tylko na marginesie drobne napomknienie - dzisiaj to Park Yellowstone.
No to czas na drugi temat, który przy lekturze "Zjawy" się pojawia, bo to przecież spora książka (prawie 500 stron). Nie ma co ukrywać, że przez swoją realizację filmową staje się wygodnym argumentem dla kilku wyjaśnień zagadnienia, a dlaczego dzisiaj fabuły pisarskie takie obszerne? Świetnie rozumiemy, że film ma/musi mieć wiele umowności, skrótów itp., żeby zmieścić się w tym czasie, jaki dzisiaj dla dzieł X Muzy jest dopuszczalny. Korzysta, siłą rzeczy, ze sposobów dość niewymyślnego budowania napięcia, dramatyzmu, bazuje na jednoznacznie zarysowanych emocjach. Takie manipulowanie mną-widzem do granic przyzwoitości staje się normą, ale też jest coraz bardziej nużące. Przestaje zachwycać. Z fabułą pisarską jest inaczej. Prowadzi mnie przez meandry przygód i przeżyć bohaterów z mniejszymi skrótami, a to zwyczajnie wymaga kolejnych wielu stron. To dobrze, po prostu. Choćby dla tego, co można nazwać większą starannością w indywidualnym budowaniu mojego wyobrażenia o człowieku jako nieprawdopodobnej zupełnie istocie. Tak, tak patetycznie. A Michael Punke dodaje jeszcze, parafrazując Flauberta, fabuła to ja, fabuła to Ty - Czytelniczko i Czytelniku. I ze względu na szacunek dla mojego pisarskiego rzemiosła i Twojej pasji czytelniczej mamy wspólnie coś niepowtarzalnego. No i opasłego także. Do przeczytania i do obejrzenia. Ewentualnie.

Michael Punke, Zjawa. Tłum. Przemysław Hejmej. Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2014.