Lektura pełna czyli Mietek Kowalcze w cyklu: tygodniowe lektury
Są takie książki, które całkowicie uzależniają. Znacie to uczucie. Sięga się po nie w każdej wolnej chwili, celebruje momenty spotkania. Zakończenie czytania zaś, rozstanie z lekturą jest jak trudne emocjonalne przeżycie. U młodszych Czytelniczek i Czytelników objawia się prawdziwym, głębokim żalem i smutkiem, że to już, że koniec, że nie ma ciągu dalszego. Niedawno musiałem pocieszać płaczącą prawdziwymi łzami uczennicę, kiedy doczytała do końca pewną tetralogię. Bez długich dywagacji i dowodów wygłośmy ostentacyjnie, że do książek głęboko uzależniających należy "Szczygieł" Donny Tartt. Zadajmy więc z obowiązku dwa proste pytania: pierwsze - dlaczego tak się dzieje? oraz drugie - jaki to rodzaj uzależnienia, od czego? Gdyby nam przyszło krótko omówić jej treść, to najważniejsze byłoby powiedzenie, że to bogata i długa historia bohatera, który przeżył atak terrorystyczny. Narracja-biografia o tym, co dzieje się z człowiekiem po. Materiał obfity - książka ma ponad 800 stron, przenoszący nas w tzw. czasie i przestrzeni wydarzeń i bardzo różnorodnych emocji. Dlaczego to może uzależnić? Autorka ma tę, nieczęsto spotykaną, umiejętność wprowadzania nas, czytelników, w takie miejsca przeżyć i myśli bohatera, że oto mamy do czynienia z obszarami, które są dostępne tylko wtajemniczonym. Bo są tak intymne, tak ważkie i głębokie. Po prostu wchodzimy na ten poziom kontaktu z bohaterem, jakbyśmy to my go kreowali, mieli wpływ na postępowanie, wybory. To budzi ciekawość, wiadomo, ale i pachnie leciutko takim fantastycznym samopoczuciem czytelniczym - nie tylko pisarka jest kimś jak Demiurg. My też. Często o sobie samych nie mamy takiego pojęcia, takiego wglądu w siebie. Więc literatura znakomicie nam to uzupełnia. Szczególnie wtedy, kiedy podejmuje się takiego zadania świadomie. Donna Tartt o tym wie. Udowodniła to już wcześniejszą "Tajemną historią". Co warte podkreślenia w tłumaczeniu "Szczygła" ta opisana przed chwilą sfera nie przepada. Jest. A w ogóle to dlaczego taki tytuł? Najpierw prosto - został wzięty od tytułu obrazu siedemnastowiecznego niderlandzkiego malarza Carla Fabritiusa, który to obraz znalazł się nielegalnie w rękach ocalonego z ataku terrorystów głównego bohatera książki. Atak miał bowiem miejsce w nowojorskim muzeum, w którym prezentowano Holendrów. Warto przy tym dodać, że Fabritius nie miał takiego szczęścia, zginął w czasie wybuchu prochowni w rodzinnych Delftach. Tak najprościej o tytule. Naturalnie, żeby lektura była pełniejsza można o tytule i zawartości metaforycznie. Dzieje bohatera, a nawet bohaterów, krążą wokół obrazu, wokół tego, że trzeba go ukrywać, że budzi zainteresowanie, że wręcz uzależnia, sprawia, że dzieje poszczególnych osób, które wiedzą o nim lub nie, nabierają często dziwnego rozpędu lub załamania. A gdy jeszcze do tego dołożymy przegląd wszelkich psychicznych komplikacji z osobowościami, to mamy uniwersalny, ciekawy komplet. Tak więc dwie sfery - nasz czytelniczy kontakt z głównym bohaterem oraz rodzaj i kierunek rozwoju wydarzeń sprawiają, że to książka, która wywołuje w nas potrzebę zażywania jej fragment po fragmencie. Aż do pełnej czytelniczej satysfakcji. Ze świadomością, że to poczucie prowadzi do stwierdzenia - to lektura pełna.
Donna Tartt, Szczygieł. Znak, Kraków 2015.